









































Wczasy i wycieczki do Pattaya pojawiły się ostatnio w ofercie polskich biur podróży (ciekawe jak mężowie będą się tłumaczyć swoim żonom z takich tripów;) ale ceny nie należą do zachęcających – 2 tygodniowy pobyt dla jednej osoby to kwestia conajmniej 5000 złotych. Bez wliczonych ‘dodatkowych’ atrakcji. Dlatego równie dobrze, a nawet lepiej jest zorganizować sobie wyjazd samemu. Przelot na trasie Berlin – Bangkok to kwestia minimum 1800 złotych (niewygodny przelot linią LTU), dojazd do Pattaya to grosze a wynajem pokoju w hotelu – bezproblemowy (od 35 zł poza sezonem, do 70 zł i wyżej w sezonie – w zależności od poziomu danego hotelu).


Wszystkie informacje na podstawie różnych źródeł z Internetu.
źrodło: blog religijny
W mojej rodzinie wzmacniam męskie postawy u swoich synów oglądając razem z nimi zapasy. Ważne jest też, by ojcowie synów jak najczęściej przytulali. Jeśli nie zrobicie tego wy, zrobi to inny mężczyzna.
Na temat homoseksualizmu Wielebny głosił tezy równie ciekawe.
Homoseksualizm to choroba i nałóg, taki jak alkoholizm czy narkomania. I tak jak one można go wyleczyć przez terapię.
Wielebny mówił zapewne o rzeczach bardzo dla siebie ważnych. Może trochę za bardzo. Ale niestety przekroczył, zdaniem słuchaczy, tolerowany w prowincji Galicia poziom ekscentryczności. Wielebny ma teraz na karku lokalne władze i pozew Narodowej Federacji LGBT. Jak mówi jej prezes, Tony Poveda,
Po tylu wygranych przez nas procesach, gdy po raz pierwszy w szkołach mówi się o homoseksualizmie otwarcie, musimy brać się za grupy fundamentalistów, które spychają nas z powrotem w czasy reżimu Franco. Oczywiście będziemy dążyć do tego, by takie przypadki się nie powtarzały. Orientacja seksualna jest wrodzona i nie ma sposobu by ją zmienić.
Tyle Wielebny. Teraz Świątobliwość. Katolicki biskup Teneryfy, Bernardo Alvarez, sformułował w wywiadzie dla prasy lokalnej kilka odważnych tez:
1.”Homoseksualizm krzywdzi społeczeństwo i wszyscy za to zapłacimy”, poza tym
2. „Molestowane dzieci są same sobie winne”, gdyż
3. „Jeśli się nie uważa, dzieci same to prowokują„, ponieważ
4. „Wiele dzieci szuka kontaktów seksualnych z dorosłymi.”
Świątobliwość mówił zapewne o rzeczach bardzo dla siebie ważnych. Może trochę za bardzo. Jednak tezy te nie spotkały się ze zrozumieniem wiernych. Wybuchł okropny skandal i wierni zapewnili Świątobliwości bliski kontakt z hiszpańskim sądownictwem.
Współczesna Hiszpania to jednak kraj Pedro Almodovara, a nie „Z Woli Boga Wodza Narodu”, nieboszczyka generała Franco. Kościelne wiece „w obronie rodziny chrześcijańskiej” raczej niewiele tu zmienią.

Szok przeżywają od dwóch tygodni wierni parafii Świętej Rodziny w Chełmie. Na zakończenie niedzielnych mszy proboszcz wyczytuje nazwiska wszystkich rodzin, do których pukał, chodząc po kolędzie. Przy każdym zaznacza, czy został wpuszczony i jak obfita była zawartość kopert – pisze DZIENNIK.
Skuteczność proboszcza chwali za to pani Danuta mieszkająca przy leżącej na terenie parafii ul. Wirskiego. Jej zdaniem ksiądz nie miał innego wyjścia, bo buduje nowy kościół, a parafianie niespecjalnie garną się, żeby mu w tym pomóc. „Przecież on nie zbiera tych pieniędzy dla siebie, tylko dla nas wszystkich” – mówi. „Ale ludzi to nie obchodzi, że nie ma z czego dokończyć budowy. Samochodów sobie pokupowali, że cały chodnik i trawniki pod blokiem zastawione, a do koperty to raptem po 20 złotych dawali. Ja się cieszę, że proboszcz to zrobił, bo zmieniłam zdanie o paru sąsiadach, których uważałam za porządnych ludzi”.
Powodów do radości nie ma za to pan Karol z leżącej na terenie parafii wsi Żółtańce. Od 30 grudnia przez parę dni słyszał docinki sąsiadów, którzy z ambony dowiedzieli się, że to właśnie on dał najchudszą kopertę. „Teraz już się uspokoili, ale ja długo tego nie zapomnę” – mówi oburzony. „Wiem, że ksiądz zbiera na dokończenie budowy kościoła, nie raz już na ten cel dawałem, ale nie chcę, żeby inni wiedzieli, ile”.
Zachowaniem księdza Pokrywki zbulwersowana jest też pani Zofia. Należy do innej parafii, jednak co chwila słyszy skargi wyczytanych przez proboszcza wiernych parafii Świętej Rodziny. „Najbardziej się wkurzyłam, jak słuchałam starszej pani, która ze łzami w oczach mówiła mi, że się wstydzi, bo dała tylko 20 złotych, ale na więcej jej nie stać” – opowiada. „Gdybym była na miejscu ludzi z tej parafii, wytoczyłabym proboszczowi proces za naruszenie prywatności”.
Na postawienie księdza Pokrywki przed sądem nie ma szans, bo dane z kartotek parafialnych nie podlegają ustawie o ochronie danych osobowych. „Dane wiernych gromadzone przez Kościół katolicki oraz inne legalne kościoły i związki wyznaniowe są wyłączone z ustawy” – wyjaśnia Michał Serzycki, Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. „My nie mamy prawa ich kontrolować ani ingerować w to, jak są wykorzystywane”.
Przed dalszym szczegółowym rozliczaniem parafian z datków dawanych podczas kolędy może księdza Jana Pokrywkę powstrzymać tylko interwencja arcybiskupa Józefa Życińskiego, zwierzchnika archidiecezji lubelskiej. „Trudno powiedzieć, jakie działania podejmiemy w tej sprawie, bo jak na razie nie mieliśmy od parafian żadnych sygnałów. O tym wyczytywaniu nazwisk z ambony dowiadujemy się od dziennikarzy” – mówi ks. Mieczysław Puzewicz, rzecznik metropolity lubelskiego. „Ale na pewno będziemy wyjaśniać tę sprawę” – dodaje.
źródło: dziennik
„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”, ale „godzien jest robotnik zapłaty swojej”. Stawek na ofiary za posługę kościelną właściwie nie ma. Ale właściwie są.
Księża mówią, że niczego się tak kapłanowi nie pamięta, jak wpadek w sprawach związanych z pieniędzmi.
W lecie tragicznie zginął chrześniak Teresy Mazepy. Kobieta mieszka samotnie w Krakowie, pomaga mieszkającym w Rzeszowie rodzicom; matce nie przysługuje emerytura, ojciec choruje. Ale Teresa wygospodarowała 400 zł, żeby zamówić za duszę chrześniaka tzw. gregoriankę: cykl trzydziestu Mszy odprawianych w intencji zmarłego. W jednym z kościołów zakonnych usłyszała, że 400 zł to za mało: żeby sobie przemnożyła zwyczajową ofiarę razy trzydzieści. W innym powiedzieli, że ofiara za gregoriankę wynosi zwykle 800-1000 zł. Że składają się całe rodziny, że ludzie biorą kredyty.
Msze za 400 zł zgodzili się odprawiać werbiści z Pieniężna. – Znajomi mi poradzili, żeby zwrócić się do nich – mówi Teresa. – Teraz składam ofiary tylko tam.
Przeor krakowskiego klasztoru, w którym zaczynała, mówi, że to niemożliwe. – Nigdy pieniądze nie są warunkiem odprawienia Mszy – deklaruje.
Jedna z warszawskich parafii. Ewelina, załatwiając w kancelarii sprawy przed ślubem, spotyka się z czymś na kształt ustalonych stawek. – W sumie głównie dlatego zmieniliśmy kościół, bo chcieli nam policzyć 500 zł – mówi. – Tylko dominikanie na Służewie nie wymagali określonej sumy pieniędzy. Ostatnio, gdy załatwialiśmy chrzest, też nie.
W kancelarii na Służewie wisi wręcz kartka z informacją, że cennika nie ma.
Cennik na biurku
Ewelina: – Za chrzest, jak mówili mi znajomi, jest „ustawowe” 200 zł. Za ślub ostatnio koleżance powiedzieli 500 zł plus 300 na kwiaty i organistę.
Tak mówią ludzie, a wiedzą to przecież z doświadczenia. Jednak opowieści o „wywieszonych cennikach” są najczęściej plotką. Schemat jest przeważnie taki: na pytanie o ofiarę ksiądz odpowiada „co łaska”. Następne pytanie brzmi zwykle, jaka jest zwyczajowa suma. Jeśli pada konkretna odpowiedź – powstaje przekonanie, że istnieją stawki.
Zadzwoniliśmy anonimowo do dwudziestu losowo wybranych parafii z różnych miejsc Polski. Konkretna suma ofiary, jaką powinno się złożyć za odprawienie Mszy, padła w pięciu; było to 40-50 zł. W większości mówiono jednoznacznie „co łaska” i nie było nawet mowy o zwyczajowych sumach. W trzech miejscach księża podkreślali, że odprawią Mszę, nawet jeśli proszącego nie stać na ofiarę. Proboszcz jednego z nadmorskich kościołów: – Przecież tu chodzi o modlitwę.
Ale bywa i tak, jak w Lubartowie. Anna, która brała tam ślub, opowiada, że w parafii cennik leży na biurku w kancelarii. Ofiara wyniosła 520 zł, z wystrojem, kościelnym i organistą.
– Nie mamy takiego cennika – zarzeka się wikary z Lubartowa. – Nigdy nie mówimy, że ślub kosztuje 500 zł, bez których go nie odprawimy. Oczywiście jest mniej więcej przyjęta stawka, właśnie 500 zł. Podajemy ją, gdy ktoś pyta. Sprawy finansowe stawiamy jasno, naszym zdaniem to wyraz szacunku do osoby, żeby jej powiedzieć, jakiej mniej więcej ofiary oczekujemy, a nie kręcić i kazać się domyślać – mówi.
Co takiego widziała więc Anna? – Być może świecki pracownik kancelarii zapisał sobie te stawki dla jasności i ktoś doszedł do wniosku, że to za cennik parafialny – odpowiada wikariusz.
W naszych rozmowach wraca jak refren motyw niedomówień i domysłów ze strony wiernych, i rozgoryczenia księży, którzy czują się niesprawiedliwie posądzani o zdzieranie pieniędzy.
Jak więc jest?
Taca i stuła
Prawo kanoniczne pozwala księdzu pobierać tzw. iura stolae (prawa stuły): datki od ślubów, chrztów i pogrzebów. Ks. Jan Drob, ekonom Konferencji Episkopatu, tłumaczy, że ich zasady formułują diecezje i parafie. – Zazwyczaj są to wolne datki, zależne od tego, kogo na co stać. Chociaż podobno są parafie, gdzie wyznaczono stawki. Ale trudno przecież, zwłaszcza w czasach bezrobocia, żądać od ludzi konkretnej sumy. No i oczywiście fatalnie, gdy ksiądz wymaga za dużo pieniędzy – dodaje. – Inna sprawa, że jeśli ksiądz odprawi Mszę za darmo, nikt tego nie rozgłasza. Trąbi się, gdy weźmie za dużo.
Datki zbierane na tacę służą utrzymaniu parafii lub potrzebom diecezji, nie zaś księdza. Ks. infułat Bronisław Fidelus, proboszcz parafii przy bazylice Mariackiej w Krakowie, uczy w seminarium elementów prawa świeckiego: mówi o wynagrodzeniach, ubezpieczeniach, prawach pracowniczych, podatkach, księgach wieczystych… – Od 1989 r. każda parafia ma osobowość prawną – tłumaczy. – Sprawy finansowe prowadzimy opierając się na Ustawie o Stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego. Dzieli ona działalność parafii na gospodarczą i niegospodarczą. Ta druga nie podlega ścisłej kontroli finansowej państwa, natomiast księgę finansową prowadzi ksiądz. Kontroluje ją miejscowy biskup w czasie wizytacji.
Na utrzymanie księdza przeznaczane są ofiary za Mszę (zwane stypendiami) i iura stolae oraz ofiary z kolędy czy wypominków. Ściślej: ich część. Bo, jak tłumaczy ks. Drob, z tych funduszy wynagradza się też organistę, płaci za ogrzewanie kościoła, światło czy świece oraz odprowadza tzw. kontrybuty: parafie oddają średnio ok. połowy swoich przychodów do kurii. – Na seminarium, misje, cele charytatywne, domy starców czy samotnych matek, na KUL – wylicza ekonom Episkopatu.
– Iura stolae nie są, Boże broń, opłatami za sakramenty – podkreśla ks. Fidelus. – Inaczej: z racji udzielenia sakramentów wierni składają ofiary. W diecezji krakowskiej, dzięki Bogu, nie ma stawek, choć gdzie indziej podobno nieoficjalne funkcjonują. Niby nie ma, ale każdy o nich wie.
Ofiary nie są opłatami. Ale od samych księży zdarza się słyszeć takie skróty myślowe, jak „ślub za tyle i tyle”, a nawet… „odprawię Mszę za darmo”.
Dlaczego przyjęło się składać ofiary akurat w związku z chrztami, ślubami i pogrzebami? – Bo wiążą się z czynnościami w kancelarii parafialnej – wyjaśnia proboszcz bazyliki Mariackiej.
Nie mniej niż
Ks. Jan Drob podkreśla, że nie istnieją centralne regulacje czy zarządzenia dotyczące kościelnej ekonomii. – Różnice w prowadzeniu ksiąg metrykalnych, kancelarii czy w kwestii stypendiów mszalnych wywodzą się jeszcze z czasów zaborów – mówi. – W austriackim ksiądz był nominowanym urzędnikiem. Inaczej było w pruskim, gdzie działał Kulturkampf, czy w rosyjskim, gdzie księżom nie wolno było kończyć studiów. W efekcie różnice są tak znaczne, że nie udało się wprowadzić jednolitego wzoru księgi finansowej dla parafii, mimo próby podjętej kilka lat temu.
Decentralizacja kościelnej ekonomii to jednak, zdaniem ks. Droba, duża zaleta. – Centralizacja zawsze obrasta w biurokrację – uśmiecha się.
Tymczasem „zwyczajowe” sumy ofiar okazują się praktycznie ogólnopolskie. Przekazywane z ust do ust, gdy wierny nie wie, jaką ofiarę wypada złożyć. I tak: stypendium mszalne ustaliło się na poziomie 30-50 zł, ofiara przy okazji chrztu – ok. 200 zł.
Najgłośniej jest wokół ofiar z okazji ślubów. Na każdym forum internetowym dotyczącym ślubu uparcie powtarza się pytanie: jaki jest cennik?
Kinga Nowakowska prowadzi firmę organizującą uroczystości ślubne i często słyszy to pytanie. – W Krakowie pary dają zwykle 300-400 zł za sam ślub, 50 zł dla kościelnego, 120-150 zł dla organisty, choć są też drożsi. Do tego „co łaska” za spisanie protokołu, zwykle 50 zł. I drugie tyle „co łaska” za zapowiedzi, które mogą być w innej parafii – mówi. W najpopularniejszych wśród nowożeńców świątyniach usłyszy się czasem, jak ksiądz pyta parę, ot w żartach, czy wiedzą, że to drogi kościół. – W takich przypadkach doradzamy zwykle tyle samo: 300-400 zł – mówi Nowakowska.
Anna Wójcik, która fotografuje podczas uroczystości kościelnych, opowiada o młodej parze, która nie wiedziała o ofierze za ślub. – Nie zapłacili, a ksiądz otwarcie im nie zasugerował. W efekcie kościelny nie rozłożył dywanu, po którym zwykle wchodzą młodzi, nie było dekoracji, a Msza – pozbawiona kazania.
Edyta z miasteczka na południowym Podlasiu opowiada, jak jej znajomi usłyszeli od proboszcza „co łaska, nie mniej niż tysiąc”. – Nieprawda – oburza się ów proboszcz. – Jeszcze nigdy ślubu za tysiąc nie miałem. Z zasady ofiara jest dobrowolna. 200, 300, 700 zł albo za darmo, jeśli nie mają pieniędzy. To wszystko plotki – mówi smutno.
Magda z warszawskiej parafii: – Zakonnica pracująca w kancelarii powiedziała, że za ślub biorą „co łaska, ale nie mniej niż 300 zł”. Gdy chcieliśmy zapłacić tę ofiarę, powiedziała, żeby z tym udać się do proboszcza. Gdy spytałam go, czy nie ma minimalnej kwoty, odpowiedział, że gdybyśmy ofiarowali nawet 10 zł, to ślub się odbędzie.
Ks. Fidelus zapewnia, że problemem w kościele Mariackim może być co najwyżej termin. Kalendarz jest pełen. O stawkach nie ma mowy, choć to jeden z najpopularniejszych kościołów krakowskich. – Np. studenci często w ogóle nie mają pieniędzy – mówi. – Bywa, że ktoś przychodzi chrzcić dziecko, a nie ma ślubu kościelnego i tłumaczy, że go na to nie stać. Wtedy wszystko załatwimy, bez żadnych ofiar.
Inni księża podkreślają, że jeśli stać kogoś na wesele, to stać i na ofiarę.
Na stronie internetowej gdańskich dominikanów czytamy: „Od pary biorącej ślub w naszym kościele pobieramy opłatę 500 zł. Opłata jest stała. Zawiera wynagrodzenie organisty. Nie ma żadnych dodatkowych opłat. Jeśli suma ta jest dla Was zbyt wysoka, nie bójcie się o tym powiedzieć”.
– Tak jest od początku roku. Traktujemy to jako eksperyment. Na razie funkcjonuje dobrze – mówi o. Jacek Krzysztofowicz, przeor i proboszcz kościoła św. Mikołaja w Gdańsku. – Wydaje mi się, że ludzie wolą jasne reguły. Jeśli każemy im się domyślać, nie dziwmy się, że bywają niedomyślni. Dziś młodzi często wybierają kościół tak jak salę weselną czy orkiestrę – mówi. – Przez wszystkie poprzednie lata na pytanie: ile, odpowiadałem: dobrowolna ofiara. I często były to grosze. Określenie wysokości ofiary nie ma być wzmocnieniem finansów parafii czy wielkim zyskiem. Chcę mieć jednak poczucie, że jesteśmy szanowani, a nie wykorzystywani. Za rzeczy ważne nie można płacić groszy.
Kłopoty zaczynają się, gdy młodzi wybierają kościół inny niż parafialny. Biurokratyczne, ale z podłożem finansowym. Małgorzata i Michał półtora roku temu brali ślub w rodzinnej miejscowości panny młodej, choć oboje mieszkali w Krakowie. Poprosili – byłego już – proboszcza parafii Michała o wypisanie protokołu i delegacji. Byli przygotowani na ofiarę za ten dokument. Ale usłyszeli: „nie będę na was tracił czasu, skoro ślub gdzie indziej bierzecie i pieniądze gdzie indziej nosicie”. Skończyło się skargą do kurii, która odpisała z ubolewaniem i poinformowała, że proboszcz został poproszony o wyjaśnienia.
Ks. prałat Tadeusz Dziedzic, nowy proboszcz tej parafii, krakowskich Łagiewnik, rozkłada ręce. Objął ją pół roku temu. I rozpoczął zmiany.
Wzór z Czarnego Lądu
Na dębowym biurku w łagiewnickiej kancelarii stoi stary żelazny krucyfiks i obita skórą puszka z napisem „ofiara za zaświadczenia”; wokół walają się ekierka, klej w sztyfcie, liczne książki i zapiski. Proboszcz wyjmuje z szuflady gruby zeszyt w kratkę i pokazuje skrupulatnie notowane wpływy z iura stolae i składek.
Wcześniej był misjonarzem w Tanzanii. Pierwszym, co zrobił po objęciu Łagiewnik, było… założenie konta. Wcześniej parafia go nie miała. Teraz gromadzi wszystkie faktury i wyciągi. Opowiada, że właśnie zakładają radę parafialną, której elementem będzie rada ekonomiczna. Świeccy zajmą się finansami. Już teraz ma wśród parafian doradców. Wszystkie księgi są do wglądu.
– Ważne, żeby była jasność – podkreśla ks. Dziedzic. – Misje, gdzie brakuje księży, mogą być dla nas przykładem. W Afryce zajmowałem się 32 kościołami, mogłem w nich więc być co jakiś czas. Ale każdy z tych kościołów żył nawet pod moją nieobecność, opiekowali się nimi świeccy.
Na terenie parafii znajduje się słynne Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Odkąd powstało, wielu wiernych zaczęło tam chodzić na Msze. Poprzedni proboszcz na to pomstował. Tymczasem ks. Dziedzic słyszał w czasie kolędy, że ludzie wracają do kościoła parafialnego. – Mówią, że tam co tydzień są inni ludzie, kolejni pielgrzymi i trudno się skupić – opowiada proboszcz. – Tu najwyraźniej czują się bardziej we wspólnocie.
Nasz rozmówca pokazuje księgę finansową. W styczniu z iura stolae parafia zebrała 2745 zł. Taca przeważnie nie starcza na opłaty. Miesięczne utrzymanie kościoła w zimie to ok. 3 tys. zł (ogrzewanie jest elektryczne). W lecie – 1,5 tys.
Włącznie z proboszczem pracuje tu trzech księży. Otrzymane datki składają do wspólnej puli, po odliczeniu kontrybutów dzielą pieniądze na cztery: dwie części dla proboszcza, po jednej dla wikariuszy (którzy mają jeszcze pensje w szkole).
Każdy ksiądz płaci 750 zł za mieszkanie na plebanii. To opłaty i pieniądze dla parafii. Płacą też za wyżywienie.
W grudniu wikarzy z iura stolae otrzymali po 213 zł. Ze stypendiów mszalnych, też zbieranych do wspólnej puli, wychodzi po ok. 1000 zł dla każdego. Oprócz tego dostają jeszcze połowę pieniędzy zebranych na kolędzie. Druga trafia do kurii.
Ks. Dziedzic policzył, że w sumie jako proboszcz zarabia 1700-1800 zł miesięcznie. – Ostatecznie jestem szefem – żartuje.
Taka jest pensja księdza w średniej miejskiej parafii. Na wsi bywa dużo niższa. Przeciętne wynagrodzenie brutto wyniosło według GUS w Polsce w styczniu 2969,65 zł.
Pogrzeb bez VAT-u
– Nie lubię mówić o pieniądzach – mówi proboszcz Łagiewnik. – Ale trzeba.
Zastanawia się, jak najwygodniej upublicznić finanse parafii. Może wywiesi sprawozdanie w gablocie?
Proboszcz sporej wsi nieopodal Tyczyna ujmuje problem dobitnie: – Ludzie myślą, że jeśli mają w domu dwie żarówki i płacą tyle i tyle, to w kościele płaci się tyle samo. A tu żarówek jest więcej.
Zawsze mówi, ile zebrał ze składek. Ale nie ogłasza, ile kosztował obiad dla księży na odpuście. – Zawsze by powiedzieli, że za dużo. Ludzie mają swoje bajki na nasz temat – wykłada. – I trzeba ich uświadamiać.
To uświadamianie przyjmuje czasem niekoniecznie zręczne formy. Ks. Dziedzic jest zdecydowanym przeciwnikiem wyczytywania z ambony, ile kto ofiarował. – Niech nie wie lewa ręka, co czyni prawa – cytuje.
Inne zdanie ma proboszcz jednej z podrzeszowskich parafii. W ramach ogłoszeń wyczytuje nazwiska i wysokość datków. – Ludzie się szczycą tym, co dali na parafię – zapewnia. – To podpucha – komentuje zgryźliwie starszy mężczyzna. – Wjeżdżanie na ambicję, żeby dawali więcej. Mnie nie zależy na sławie.
Młoda kobieta: – Dobrze wiedzieć, ile ludzie dają. To takie rozpoznanie, ile samemu powinno się dać.
W pobliskiej wsi z XVI-wiecznym modrzewiowym kościołem parafianie opowiadają, jak to nowy proboszcz stwierdził, że plebania wymaga remontu, i wziął kredyt. Potem poinformował, że co niedziela będzie wyczytywał kolejne numery domów, których mieszkańcy mają dawać na tacę po 50-100 zł. Ludzie się zbuntowali, a wtedy ksiądz zagroził im informowaniem z ambony, kto ile dał.
O. Krzysztofowicz z Gdańska przyznaje, że wobec parafian nie zdobyłby się na określenie stałych stawek. Nie proponuje wysokości ofiary w przypadku chrztu czy pogrzebu. Szczególnie gdy stoi się nad grobem, w obliczu bólu bliskich, to nie moment na sprawy finansowe.
Pogrzeb to najbardziej kontrowersyjna okazja do ofiary. Wielu księży powtarza, że z opłatami (rzadziej mówią: ofiarami) czeka, aż ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy. Ale nie zawsze. Dziewczynie Andrzeja z miasteczka w Opolskiem zmarł cztery lata temu ojciec. Ona angażowała się w scholę, sprzątała na plebanii. Ale z 500 zł księża nie poczekali na ZUS. Musiała się zapożyczyć.
Abp Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, podczas debaty w ramach Gdańskiego Areopagu w listopadzie 2007 r. zwracał uwagę na rolę kontaktu z wiernymi w kancelarii. Akcentował właśnie moment, gdy pojawia się tam rodzina zmarłego. „Nawet jeśli przyszli tylko dlatego, że dziadziuś wierzył. Ostatnia nitka, która wiąże z Kościołem, nie może być zerwana” – przestrzegał. – „Nieraz zapomina się o tym, że kto przeżył śmierć swojego ojca czy matki, bywa niezmiernie wrażliwy. Jedno niefortunne słowo, jedno słowo niegrzeczne na lekko podniesionym tonie potrafi zablokować na wiele, wiele lat”.
W tamtych przypadkach mogło zabraknąć owej wrażliwości. Ale historia pani B. pokazuje, jak niejasne zasady mogą prowadzić do poważniejszych nadużyć. Chodzi o jeden z najważniejszych polskich cmentarzy. Pani B. chciała pochować ojca tam, gdzie leży reszta rodziny. Przed pogrzebem proboszcz i zarazem dyrektor cmentarza o statusie parafialnego, polecił jej w ciągu trzech dni przynieść 16 tys. zł w gotówce. Na 3573,80 zł kobieta dostała fakturę za „usługi pogrzebowe i pokrewne”. Na pozostałe 12,5 tys. zł – odręcznie wypisane pokwitowanie z pieczęcią parafii o treści: „dzierżawa wieczysta (tu numer działki), ofiara 12,5 tys. zł”. Ma jeszcze zaświadczenie dzierżawy z adnotacją, że opłata została dokonana w całości. Bez podanej sumy.
– Po pogrzebie postanowiłam wrócić i poprosić proboszcza o fakturę na tę sumę, myślałam o odliczeniu jej od podatku – opowiada pani B. – Usłyszałam, że mogę dostać fakturę, ale wtedy… muszę dopłacić 22 proc.
Czyli podatek VAT.
Proboszcz o niczym takim nie pamięta. Nigdy takiego pokwitowania nie wystawiał. A koszty mogły wynosić najwyżej 4-5 tys. zł. W biurze zarządu cmentarza pytamy, ile kosztuje dzierżawa wieczysta miejsca. – Nie ma u nas takich opłat – brzmi odpowiedź. – Płaci się tylko koszty pogrzebu, a te zależą od wielu czynników.
Pani B. faktury nie wzięła, nie miała z czego dopłacić. W kurii usłyszała, że to proboszcz ustala zasady. 16 tys. spłaca do dziś. Nie ujawni nazwiska. – Też kiedyś umrę i nie chcę, żeby moje córki miały takie same problemy.
Tomasz z podprzemyskiej wsi opowiada za to, jak proboszcz nie chciał przyjąć ofiary za pogrzeb jego babci. – Tłumaczył, że przynosiła mu pod koniec życia raz na miesiąc reklamówkę jajek.
Czy można sobie w Polsce wyobrazić kasę fiskalną na plebanii, zaświadczenia o złożonych datkach, odprowadzanie ofiar na Kościół jako części podatku? Raczej nie. Ks. infułat Fidelus zaznacza, że np. niemiecki system – Kirchensteuer, w którym jest się opodatkowanym na swoją wspólnotę wyznaniową – powstał na innym podłożu kulturowym i w Polsce jest niezrozumiały. – Ludzie mają dość podatków – mówi. – A ogromną zaletą polskiego systemu jest to, że opiera się na dobrowolności ofiar.
Skąd więc skargi wiernych i tak często zła opinia o tym systemie? Zakłada on dobrowolne datki, ale nazbyt często wierni mają wrażenie, że są przymuszani. Powtarzają, że boją się nie spełnić oczekiwań księdza.
Sami też nie są bez winy. Grzegorz Pac, publicysta „Więzi”, podkreśla, że sakramenty traktuje się jak usługi. – Jeśli ktoś w ogóle nie uczestniczy w życiu religijnym, a potem przychodzi „załatwić” ślub, spodziewa się być potraktowany jak w urzędzie – mówi.
Według Paca w podejściu do spraw finansowych Kościoła dominuje rytualizm. – Msza ma swoje elementy: wstajemy, siadamy, robimy znak krzyża, wyciągamy portfele… Nie myśli się o tym jak o obowiązku utrzymywania swojej parafii.
W teorii polski system zakłada, że wierni powinni się czuć odpowiedzialni za parafię. Jeśli jednak nie są informowani, ile faktycznie kosztuje jej utrzymanie, jak są wydawane pieniądze z ich składek, skąd mają wiedzieć, że to nieprawda, iż ksiądz „zbiera z tacą na samochód”?
Ks. Tadeusz Dziedzic mówi, że przez pół roku, odkąd jest proboszczem, składki się podwoiły. A na kościele jest świeżo pomalowany dach.
źródło: tygodnik.onet.pl
Już dwa miesiące rodzina z ul. Opaczewskiej czeka na pieniądze, które po tragicznym pożarze zbierał dla nich miejscowy proboszcz. – Czekam, aż się otrząsną z szoku, żeby je rozsądnie wydali – tłumaczy ksiądz
Dzień po pożarze do akcji ruszyła także nowa sąsiadka Bożejewskich, pani Marta. – Wraz z koleżanką przeszłam się po kamienicy, kwestując na pogorzelców – opowiada. Do metalowej puszki sąsiedzi wrzucili 1800 zł, które pani Marta przekazała poszkodowanej rodzinie.
- Każdy, kto dał pieniądze, podpisał się na liście. Rozliczenie trzymam w domu – zastrzega pani Marta, która do dziś pomaga rodzinie.
Także ks. Kazimierz Sznajder, proboszcz parafii NMP Królowej Świata na ul. Opaczewskiej 20 i wicedziekan dekanatu ochockiego, był poruszony losem pogorzelców. Dzień po tragicznym pożarze ogłosił z ambony zbiórkę pieniędzy wśród wiernych. Przy wejściu do kościoła stanęły dwie przezroczyste skarbonki z kartką „Dla poszkodowanych pogorzelców”. Kwesta trwała przez dwie poświąteczne niedziele. Według relacji wiernych skrzynki szybko wypełniły się datkami.
Mijały dni, a Bożejewscy nie mogli doczekać się zebranych pieniędzy. – Ja jeszcze długo nie będę mogła pracować, mąż w szpitalu, żyjemy tylko z opieki społecznej i skromnych rent rodziców – mówi pani Małgorzata. Już po zbiórce poprosili o pomoc księdza z parafii, który przyszedł zapowiedzieć kolędę – ten obiecał, że przyjdzie proboszcz. Nie przyszedł. Wtedy inicjatywę przejęła pani Marta. – Razem z Gosią poszliśmy do parafii. Dowiedziałyśmy się, że ksiądz wyjechał na urlop.
W końcu pani Marta dotarła do proboszcza 17 lutego. – Powiedziałam, że pani Małgorzata wciąż czeka na jego wizytę. Obiecał, że przyjdzie we wtorek albo środę wieczorem. I znów nie przyszedł. Nikt z parafii nie przyniósł też pieniędzy ze zbiórki ani nie poinformował, kiedy rodzina może się ich spodziewać i ile zebrano.
We wtorek rozmawialiśmy z proboszczem Sznajderem. Tłumaczył: – To są dwie rodziny, czekałem, aż wszyscy wrócą ze szpitala, żeby równo podzielili pieniądze. Dodał, że „słyszał, że rodzina ma już dość darów”. Zasugerował też, że zainteresowanie tymi pieniędzmi może być przez mieszkańców okolicy odebrane jako chęć „naciągnięcia proboszcza”. Wymawiał się też chorobą, która uniemożliwiła mu pójście do mieszkających kilkadziesiąt metrów od niego Bożejewskich. „Zastanówcie się, komu pomagacie” – usłyszeliśmy też od proboszcza.
Pogorzelcy i ich przyjaciele są oburzeni, że ksiądz przez dwa miesiące nie dostarczył pieniędzy z kościelnej zbiórki. – Na początku myślałam, że proboszcz chce pomóc tym ludziom. Teraz nie wiem, co myśleć – mówi pani Marta.
Nie udało nam się dowiedzieć, ile pieniędzy zebrał ksiądz Sznajder ani kiedy zamierza je przekazać poszkodowanym. Powiedział nam tylko: „Jak dostaną później, to je lepiej wykorzystają. Teraz muszą ochłonąć po pożarze”.
Wybiorą estakady – narażą się wpływowemu duchownemu. Postawią tunel – zapłacą dwa razy więcej
Muszę trzymać wywiad w urzędach
O 6.30 Doliną Służewiecką przejeżdża 29 samochodów na minutę. Przeważają ciężarowe i autobusy. Jedna trzecia to samochody osobowe. Godzinę później jest już 69 aut na minutę. A o ósmej dokładnie 82. Teraz większość z nich to osobowe. To liczenie z soboty 23 lutego. Ktoś zaznacza: to wolny dzień.
Samochody spędzają proboszczowi Majowi sen z powiek. Dlatego chce wiedzieć, ile ich tędy przejeżdża. Trasa przecina wzgórze, na którym stoi kościół. Wyjątkowe jest i wzgórze, i parafia ufundowana przez Konrada Mazowieckiego w XIII w., najstarsza w Warszawie. Kościół był palony, niszczony, nawet zamieniony w stajnię przez Szwedów w czasie potopu szwedzkiego. Przetrwał.
- W 1995 r. myślałem, że choroby psychicznej dostanę. Co poszedłem do kościoła, nowe pęknięcia widziałem. Za ołtarzem było takie, że rękę można było włożyć – opowiada ksiądz Józef Maj.
Pożyczył pieniądze, wystarał się o dotację z miasta i kościół wzmocnił. Dookoła fundamentów wbito ok. 160 pali, które powstrzymują zniszczenia.
W podziemiach, gdzie jest kancelaria księdza, nie słychać dokuczliwego ryku silników. Na ścianach obrazy i rysunki. Na jednym z nich pochód ludzi z transparentami. Jest symbol „Solidarności” i napis „1 Maja świętem ks. Józefa”. Są twarze opozycji, m.in. Lech Wałęsa. Zanim ksiądz opowie o wojowaniu z urzędnikami o tunel, skończy spotkanie z gościem ze stowarzyszenia Civitas Christiana. Do parafii ma przyjechać znany historyk Peter Raina. Spotka się z dużą czy małą grupą gości? I kiedy? Druga połowa maja odpada. Ksiądz wybiera się do Kazachstanu. Telefon komórkowy odbiera tylko do 11. Potem nie ma czasu na rozmowy. W kancelarii trudno go zastać.
Na temat miejskiej obwodnicy pod swoim kościołem przygotował stosy materiałów. Na ustawionych w długim rzędzie masywnych stołach leżą segregatory pełne korespondencji z urzędnikami, ekspertyzy naukowców, opis prac wzmacniających mury kościoła i mapy. – Tę wydobyłem niedawno z ministerstwa, nieoficjalnie. O zgrozo, o hańbo, żebym ja musiał swój wywiad trzymać w urzędach! – załamuje ręce proboszcz Maj, ale uśmiech nie schodzi mu z twarzy.
Wyciąga niewielkie płaskie pudełko, wysypuje na wierzch dłoni brązowy proszek. Ksiądz zażywa tabakę? – Przytomnie muszę z niewiastą rozmawiać – tłumaczy.
I pokazuje zdobyczną mapę Warszawy, na której rozrysowano przebieg planowanych tras ekspresowych: – Widać jasno, że cały ruch pójdzie tędy, przez Dolinę Służewiecką.
Walczy więc, żeby pędzące samochody schować pod ziemię, do tunelu. Wydeptuje ścieżki do Zarządu Dróg Miejskich, notabli w ratuszu, radnych, naukowców, projektantów. – To, że jestem księdzem, działa in plus – mówi. – Znają mnie. Jak kiedyś poszedłem do biura planowania rozwoju Warszawy, to usłyszałem: „Maj żywemu nie przepuści”.
Dobre relacje z panią Hanią
Trzy lata temu przekonał się o tym Mirosław Kazubek, dyrektor ZDM ds. inwestycji. – Ksiądz Maj to wpływowa osoba. Nie będę o nim rozmawiać – ucina teraz. I odsyła do rzecznika.
Początek 2005 r. Trwa przetarg na projekt jezdni w Dolinie Służewieckiej: z wiaduktami i w wykopie, tak jak zleca dawna gmina Centrum. O budowie u księdza dyskutuje 20 osób: urzędnicy ratusza, szef ZDM, przedstawiciele stołecznego konserwatora zabytków, naukowcy z Politechniki Warszawskiej i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. – Most Siekierkowski został postawiony, modernizacja trasy jest konieczna – tłumaczy wówczas dyrektor Kazubek. Bo Dolina Służewiecka jest przedłużeniem mostu i Trasy Siekierkowskiej.
Ma już prawomocną decyzję lokalizacyjną. Proboszcz wytyka, że parafia dowiaduje się o niej po fakcie, a powinna być stroną. Dyrektor przekonuje, że tunel jest za drogi. I że konieczne do jego budowy palowanie będzie dla kościoła niekorzystne.
Wtedy głos zabiera szef miejskiego biura drogownictwa Henryk Rządzki: przeprasza księdza za to, „co się dzieje w urzędzie miasta”, i zapewnia, że ZDM samowolnie ogłosił przetarg.
Z parafii św. Katarzyny idą listy z prośbą o interwencję: do radnych, do Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Są efekty. Radni piszą do prezydenta, że tunel będzie lepszy, bo na jego powierzchni będzie mógł powstać Park Pamięci Narodowej. Pisze też Andrzej Przewoźnik: podnosi, że projekt z wiaduktem nie uwzględnia wartości zabytkowej, historycznej i krajobrazowej Wzgórza Służewieckiego.
- No i udało mi się wstrzymać budowę. To była ostatnia decyzja Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta miasta – podkreśla ksiądz Maj.
Przed kim skapitulował prezydent? Internetowa encyklopedia Wikipedia.: „Ks. prałat Józef Maj, w latach 50. i 60. działacz opozycji młodzieżowej. Duszpasterz akademicki w kościele św. Anny, współorganizator Prymasowskiego Komitetu Charytatywno-Społecznego. Wspiera represjonowanych. Kapelan Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Doprowadza do budowy pomnika Męczenników Terroru Komunistycznego z Lat 1944-1956″.
Wypowiedzi założyciela dobroczynnej Wspólnoty Spotkanie, prowadzącej ośrodki odwykowe dla młodych narkomanów, przytacza „La Repubblica”.
Były 81-letni ksiądz, który sam prosił papieża o zwolnienie ze stanu kapłańskiego, by móc bronić się w sądzie przed zarzutami, dzień po ogłoszeniu tej decyzji podczas spotkania w siedzibie wspólnoty w miejscowości Amelia koło Terni mówił o zakończonym właśnie pobycie w Ameryce Łacińskiej: „Widziałem piekło. Pięcioletnie dzieci, umierające na AIDS, dziesięciolatków, którzy mnie pytali: co ze mną będzie”. – Piekło nie istnieje gdzieś tam na tamtym świecie; istnieje tutaj, na tej ziemi. Powinni to zrozumieć ci, którzy są w pałacach, w Watykanie, gdzie jest najlepszy z możliwych raj bogatych i możnych – mówił były ksiądz swym zwolennikom.
- Odrzucam ideę Watykanu jako centrum religijnego: to centrum polityczne, nieraz dwuznaczne i prowadzące na manowce – dodał.
Jego zdaniem „należy powrócić do Chrystusa”, a nie do „cezaropapizmu”. – Doszliśmy do punktu, w którym więcej mówimy o papieżu niż o Chrystusie – podkreślił.
Relacjonując spotkanie „La Repubblica” informuje o entuzjazmie podopiecznych założyciela Wspólnoty i pisze, że traktują go oni jako swego wybawcę i ojca. Gazeta dodaje, że Gelmini nie wykluczył zaangażowania się w politykę.
Dochodzenie w sprawie księdza Gelminiego prokuratura w Terni wszczęła ponad rok temu na podstawie zeznań dziewięciorga jego byłych podopiecznych, którzy przebywali w ośrodku w Amelii. On sam od początku twierdził, że jest niewinny i odrzucał wszelkie oskarżenia.
W najbliższych tygodniach prokuratura podejmie decyzję, czy postawi zarzuty założycielowi znanej wspólnoty katolickiej, który od lat cieszył się ogromnym autorytetem we Włoszech i utrzymywał zawsze przyjacielskie kontakty z wieloma włoskimi politykami. Jednym ze sponsorów jego wspólnoty był były premier Silvio Berlusconi.
Ale tu okoniem stanął naród. Naród okazał się być do czołgu przywiązany. Nie przeszkadzała narodowi nawet przytwierdzona do cokołu śrubami tabliczka o treści:
W HOŁDZIE WYZWOLICIELOM ZIEMI WEJHEROWSKIEJ – SPOŁECZEŃSTWO
Ksiądz Daniel Nowak rozpoczął więc przeciw „Rudemu” wojnę podjazdową. Najpierw uzyskał zgodę właściciela terenu na usunięcie pojazdu. Wydał ją reprezentujący Skarb Państwa wojewoda pomorski Roman Zaborowski (PO).
Następnie kapłan porozumiał się z lokalnym starostą oraz prezydentem miasta, by spacyfikować nastroje poprzez modyfikację szatańskiego planu. Mianowicie czołgu nie oddawać na złom, ale przenieść gdzie indziej. Czemu nie można po prostu gdzie indziej postawić kapliczki, pozostaje osnute mrokiem tajemnicy.
Tyle że narodowi i ten kompromis nie przypadł do serca. Naród wciąż zmawia się przez internet i organizuje demonstracje w obronie czołgu, a przeciwko księdzu. Z transparentami o treści:
ŁAPY PRECZ OD NASZEGO CZOŁGU!
Niestety, pojawiają się też akcenty antyklerykalne. Na demonstracjach występuje tajemniczy młodzieniec w brązowej sutannie, zaopatrzony w napisy. Napis na piersi młodzieńca rzecze:
KSIĘŻE NOWAKU / ŁAPY PRECZ / OD PUBLICZNYCH PIENIĘDZY
Na rewersie zaś młodzian ma napisane tak:
JESTEM KSIĄDZ N. / WEJHEROWSKI OJCIEC DYREKTOR / MAM GŁUPIE POMYSŁY / SZUKAM FRAJERÓW DO ICH SFINANSOWANIA
Przyznać trzeba, że i miejscowa prawica nie zasypia gruszek w popiele. Mianowicie też demonstruje, w dodatku zbrojna w transparenty z punktu widzenia logiki nader śmiałe:
WYZWOLENIE = ZNIEWOLENIE
Według sondaży, 72 proc. mieszkańców czołg nie przeszkadza. Kłuje w oczy ledwie 5 procent.
Za przeniesienie czołgu do parku miejskiego miasto zapłaci 100 tys. złotych. Wejherowo nie jest zamożnym grodem, koncepcje plebana wydają się przeto rozrywką dość kosztowną. Zwłaszcza w mieście, którego spora część wciąż nie posiada kanalizacji.
Wszystko to wydaje się wesołe, ale wesołe nie jest. Bo, jak się wyraził jeden z broniących pomnika kombatantów,
Należy pamiętać, że w 1. Brygadzie Pancernej służyli Polacy, którzy ponieśli krwawą ofiarę za uwolnienie Ziemi Wejherowskiej z rąk Niemców. Z kilkuset czołgów, które wyjechały z Lęborka, do Gdyni dotarło zaledwie kilka. Usuwanie czołgu i zacieranie tamtej historii to taka sama manipulacja, jak wymazywanie w PRL-u pamięci o żołnierzach II Korpusu. To smutne, że znowu ćwiczymy to samo.
I to jeszcze jak ćwiczymy. Mówiący to kombatant niedługo podzieli los swego czołgu – stanie się kombatantem II kategorii. Planowany przez pana prezydenta Korpus Weteranów obejmie tylko tych, którzy przelewali krew z prawej strony.
Pozostałych przeniesie się gdzieś na ubocze.
źródło: pardon