Just another Lesiuk’s blog

Just another WordPress.com weblog

Biskup: molestowane dzieci same sobie winne marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:25 pm
W Hiszpanii księża nie mogą już opowiadać, co im ślina na język przyniesie. Wierni zaraz wytaczają im proces.
 

Zapłać księdzu, bo Cię wyczyta z ambony marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:25 pm
» Zapłać księdzu, bo Cię wyczyta z ambony Zamknij X
W chełmskiej parafii ksiądz wyczytuje z ambony nazwiska skąpych parafian
zobacz galerię W chełmskiej parafii ksiądz wyczytuje z ambony nazwiska skąpych parafian

W chełmskiej parafii ksiądz wyczytuje z ambony nazwiska skąpych parafian

Szok przeżywają od dwóch tygodni wierni parafii Świętej Rodziny w Chełmie. Na zakończenie niedzielnych mszy proboszcz wyczytuje nazwiska wszystkich rodzin, do których pukał, chodząc po kolędzie. Przy każdym zaznacza, czy został wpuszczony i jak obfita była zawartość kopert – pisze DZIENNIK.

czytaj dalej…
REKLAMA
O skandalicznym zachowaniu ks. Jana Pokrywki Chełm huczy od niedzieli 30 grudnia. Wtedy to duszpasterz po raz pierwszy postanowił zapoznać swoich parafian z efektami kilkudniowego chodzenia po kolędzie. “Wszyscy czekali już na koniec mszy, ksiądz zaczął czytać ogłoszenia i nagle posypały się nazwiska” – opowiada pani Barbara. Nie chce podawać nazwiska, bo boi się, że w niedzielę wszyscy usłyszą z ambony, że szkalowała proboszcza.”Wyczytywał po kolei nazwiska wszystkich z danej ulicy i mówił, kto ile dał, a kto go nie wpuścił do domu” – opisuje. I dodaje, że na parafian podziałało to jak płachta na byka. “Przez cały tydzień ludzie o niczym innym nie rozmawiali, ale wyczytywania się przestraszyli, bo w następną niedzielę, kiedy ksiądz znowu podsumowywał kolędę, już nie było słychać o sumach 10 czy 20 złotych, najniższe to były 50″ – śmieje się.

Skuteczność proboszcza chwali za to pani Danuta mieszkająca przy leżącej na terenie parafii ul. Wirskiego. Jej zdaniem ksiądz nie miał innego wyjścia, bo buduje nowy kościół, a parafianie niespecjalnie garną się, żeby mu w tym pomóc. “Przecież on nie zbiera tych pieniędzy dla siebie, tylko dla nas wszystkich” – mówi. “Ale ludzi to nie obchodzi, że nie ma z czego dokończyć budowy. Samochodów sobie pokupowali, że cały chodnik i trawniki pod blokiem zastawione, a do koperty to raptem po 20 złotych dawali. Ja się cieszę, że proboszcz to zrobił, bo zmieniłam zdanie o paru sąsiadach, których uważałam za porządnych ludzi”.

Powodów do radości nie ma za to pan Karol z leżącej na terenie parafii wsi Żółtańce. Od 30 grudnia przez parę dni słyszał docinki sąsiadów, którzy z ambony dowiedzieli się, że to właśnie on dał najchudszą kopertę. “Teraz już się uspokoili, ale ja długo tego nie zapomnę” – mówi oburzony. “Wiem, że ksiądz zbiera na dokończenie budowy kościoła, nie raz już na ten cel dawałem, ale nie chcę, żeby inni wiedzieli, ile”.

Zachowaniem księdza Pokrywki zbulwersowana jest też pani Zofia. Należy do innej parafii, jednak co chwila słyszy skargi wyczytanych przez proboszcza wiernych parafii Świętej Rodziny. “Najbardziej się wkurzyłam, jak słuchałam starszej pani, która ze łzami w oczach mówiła mi, że się wstydzi, bo dała tylko 20 złotych, ale na więcej jej nie stać” – opowiada. “Gdybym była na miejscu ludzi z tej parafii, wytoczyłabym proboszczowi proces za naruszenie prywatności”.

Na postawienie księdza Pokrywki przed sądem nie ma szans, bo dane z kartotek parafialnych nie podlegają ustawie o ochronie danych osobowych. “Dane wiernych gromadzone przez Kościół katolicki oraz inne legalne kościoły i związki wyznaniowe są wyłączone z ustawy” – wyjaśnia Michał Serzycki, Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych. “My nie mamy prawa ich kontrolować ani ingerować w to, jak są wykorzystywane”.

Przed dalszym szczegółowym rozliczaniem parafian z datków dawanych podczas kolędy może księdza Jana Pokrywkę powstrzymać tylko interwencja arcybiskupa Józefa Życińskiego, zwierzchnika archidiecezji lubelskiej. “Trudno powiedzieć, jakie działania podejmiemy w tej sprawie, bo jak na razie nie mieliśmy od parafian żadnych sygnałów. O tym wyczytywaniu nazwisk z ambony dowiadujemy się od dziennikarzy” – mówi ks. Mieczysław Puzewicz, rzecznik metropolity lubelskiego. “Ale na pewno będziemy wyjaśniać tę sprawę” – dodaje.

źródło: dziennik

 

Co łaska marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:23 pm

„Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”, ale „godzien jest robotnik zapłaty swojej”. Stawek na ofiary za posługę kościelną właściwie nie ma. Ale właściwie są.

Księża mówią, że niczego się tak kapłanowi nie pamięta, jak wpadek w sprawach związanych z pieniędzmi.

W lecie tragicznie zginął chrześniak Teresy Mazepy. Kobieta mieszka samotnie w Krakowie, pomaga mieszkającym w Rzeszowie rodzicom; matce nie przysługuje emerytura, ojciec choruje. Ale Teresa wygospodarowała 400 zł, żeby zamówić za duszę chrześniaka tzw. gregoriankę: cykl trzydziestu Mszy odprawianych w intencji zmarłego. W jednym z kościołów zakonnych usłyszała, że 400 zł to za mało: żeby sobie przemnożyła zwyczajową ofiarę razy trzydzieści. W innym powiedzieli, że ofiara za gregoriankę wynosi zwykle 800-1000 zł. Że składają się całe rodziny, że ludzie biorą kredyty.

Msze za 400 zł zgodzili się odprawiać werbiści z Pieniężna. – Znajomi mi poradzili, żeby zwrócić się do nich – mówi Teresa. – Teraz składam ofiary tylko tam.

Przeor krakowskiego klasztoru, w którym zaczynała, mówi, że to niemożliwe. – Nigdy pieniądze nie są warunkiem odprawienia Mszy – deklaruje.

Jedna z warszawskich parafii. Ewelina, załatwiając w kancelarii sprawy przed ślubem, spotyka się z czymś na kształt ustalonych stawek. – W sumie głównie dlatego zmieniliśmy kościół, bo chcieli nam policzyć 500 zł – mówi. – Tylko dominikanie na Służewie nie wymagali określonej sumy pieniędzy. Ostatnio, gdy załatwialiśmy chrzest, też nie.

W kancelarii na Służewie wisi wręcz kartka z informacją, że cennika nie ma.

Cennik na biurku

Ewelina: – Za chrzest, jak mówili mi znajomi, jest „ustawowe” 200 zł. Za ślub ostatnio koleżance powiedzieli 500 zł plus 300 na kwiaty i organistę.

Tak mówią ludzie, a wiedzą to przecież z doświadczenia. Jednak opowieści o „wywieszonych cennikach” są najczęściej plotką. Schemat jest przeważnie taki: na pytanie o ofiarę ksiądz odpowiada „co łaska”. Następne pytanie brzmi zwykle, jaka jest zwyczajowa suma. Jeśli pada konkretna odpowiedź – powstaje przekonanie, że istnieją stawki.

Zadzwoniliśmy anonimowo do dwudziestu losowo wybranych parafii z różnych miejsc Polski. Konkretna suma ofiary, jaką powinno się złożyć za odprawienie Mszy, padła w pięciu; było to 40-50 zł. W większości mówiono jednoznacznie „co łaska” i nie było nawet mowy o zwyczajowych sumach. W trzech miejscach księża podkreślali, że odprawią Mszę, nawet jeśli proszącego nie stać na ofiarę. Proboszcz jednego z nadmorskich kościołów: – Przecież tu chodzi o modlitwę.

Ale bywa i tak, jak w Lubartowie. Anna, która brała tam ślub, opowiada, że w parafii cennik leży na biurku w kancelarii. Ofiara wyniosła 520 zł, z wystrojem, kościelnym i organistą.

– Nie mamy takiego cennika – zarzeka się wikary z Lubartowa. – Nigdy nie mówimy, że ślub kosztuje 500 zł, bez których go nie odprawimy. Oczywiście jest mniej więcej przyjęta stawka, właśnie 500 zł. Podajemy ją, gdy ktoś pyta. Sprawy finansowe stawiamy jasno, naszym zdaniem to wyraz szacunku do osoby, żeby jej powiedzieć, jakiej mniej więcej ofiary oczekujemy, a nie kręcić i kazać się domyślać – mówi.

Co takiego widziała więc Anna? – Być może świecki pracownik kancelarii zapisał sobie te stawki dla jasności i ktoś doszedł do wniosku, że to za cennik parafialny – odpowiada wikariusz.

W naszych rozmowach wraca jak refren motyw niedomówień i domysłów ze strony wiernych, i rozgoryczenia księży, którzy czują się niesprawiedliwie posądzani o zdzieranie pieniędzy.

Jak więc jest?

Taca i stuła

Prawo kanoniczne pozwala księdzu pobierać tzw. iura stolae (prawa stuły): datki od ślubów, chrztów i pogrzebów. Ks. Jan Drob, ekonom Konferencji Episkopatu, tłumaczy, że ich zasady formułują diecezje i parafie. – Zazwyczaj są to wolne datki, zależne od tego, kogo na co stać. Chociaż podobno są parafie, gdzie wyznaczono stawki. Ale trudno przecież, zwłaszcza w czasach bezrobocia, żądać od ludzi konkretnej sumy. No i oczywiście fatalnie, gdy ksiądz wymaga za dużo pieniędzy – dodaje. – Inna sprawa, że jeśli ksiądz odprawi Mszę za darmo, nikt tego nie rozgłasza. Trąbi się, gdy weźmie za dużo.

Datki zbierane na tacę służą utrzymaniu parafii lub potrzebom diecezji, nie zaś księdza. Ks. infułat Bronisław Fidelus, proboszcz parafii przy bazylice Mariackiej w Krakowie, uczy w seminarium elementów prawa świeckiego: mówi o wynagrodzeniach, ubezpieczeniach, prawach pracowniczych, podatkach, księgach wieczystych… – Od 1989 r. każda parafia ma osobowość prawną – tłumaczy. – Sprawy finansowe prowadzimy opierając się na Ustawie o Stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego. Dzieli ona działalność parafii na gospodarczą i niegospodarczą. Ta druga nie podlega ścisłej kontroli finansowej państwa, natomiast księgę finansową prowadzi ksiądz. Kontroluje ją miejscowy biskup w czasie wizytacji.

Na utrzymanie księdza przeznaczane są ofiary za Mszę (zwane stypendiami) i iura stolae oraz ofiary z kolędy czy wypominków. Ściślej: ich część. Bo, jak tłumaczy ks. Drob, z tych funduszy wynagradza się też organistę, płaci za ogrzewanie kościoła, światło czy świece oraz odprowadza tzw. kontrybuty: parafie oddają średnio ok. połowy swoich przychodów do kurii. – Na seminarium, misje, cele charytatywne, domy starców czy samotnych matek, na KUL – wylicza ekonom Episkopatu.

– Iura stolae nie są, Boże broń, opłatami za sakramenty – podkreśla ks. Fidelus. – Inaczej: z racji udzielenia sakramentów wierni składają ofiary. W diecezji krakowskiej, dzięki Bogu, nie ma stawek, choć gdzie indziej podobno nieoficjalne funkcjonują. Niby nie ma, ale każdy o nich wie.

Ofiary nie są opłatami. Ale od samych księży zdarza się słyszeć takie skróty myślowe, jak „ślub za tyle i tyle”, a nawet… „odprawię Mszę za darmo”.

Dlaczego przyjęło się składać ofiary akurat w związku z chrztami, ślubami i pogrzebami? – Bo wiążą się z czynnościami w kancelarii parafialnej – wyjaśnia proboszcz bazyliki Mariackiej.

Nie mniej niż

Ks. Jan Drob podkreśla, że nie istnieją centralne regulacje czy zarządzenia dotyczące kościelnej ekonomii. – Różnice w prowadzeniu ksiąg metrykalnych, kancelarii czy w kwestii stypendiów mszalnych wywodzą się jeszcze z czasów zaborów – mówi. – W austriackim ksiądz był nominowanym urzędnikiem. Inaczej było w pruskim, gdzie działał Kulturkampf, czy w rosyjskim, gdzie księżom nie wolno było kończyć studiów. W efekcie różnice są tak znaczne, że nie udało się wprowadzić jednolitego wzoru księgi finansowej dla parafii, mimo próby podjętej kilka lat temu.

Decentralizacja kościelnej ekonomii to jednak, zdaniem ks. Droba, duża zaleta. – Centralizacja zawsze obrasta w biurokrację – uśmiecha się.

Tymczasem „zwyczajowe” sumy ofiar okazują się praktycznie ogólnopolskie. Przekazywane z ust do ust, gdy wierny nie wie, jaką ofiarę wypada złożyć. I tak: stypendium mszalne ustaliło się na poziomie 30-50 zł, ofiara przy okazji chrztu – ok. 200 zł.

Najgłośniej jest wokół ofiar z okazji ślubów. Na każdym forum internetowym dotyczącym ślubu uparcie powtarza się pytanie: jaki jest cennik?

Kinga Nowakowska prowadzi firmę organizującą uroczystości ślubne i często słyszy to pytanie. – W Krakowie pary dają zwykle 300-400 zł za sam ślub, 50 zł dla kościelnego, 120-150 zł dla organisty, choć są też drożsi. Do tego „co łaska” za spisanie protokołu, zwykle 50 zł. I drugie tyle „co łaska” za zapowiedzi, które mogą być w innej parafii – mówi. W najpopularniejszych wśród nowożeńców świątyniach usłyszy się czasem, jak ksiądz pyta parę, ot w żartach, czy wiedzą, że to drogi kościół. – W takich przypadkach doradzamy zwykle tyle samo: 300-400 zł – mówi Nowakowska.

Anna Wójcik, która fotografuje podczas uroczystości kościelnych, opowiada o młodej parze, która nie wiedziała o ofierze za ślub. – Nie zapłacili, a ksiądz otwarcie im nie zasugerował. W efekcie kościelny nie rozłożył dywanu, po którym zwykle wchodzą młodzi, nie było dekoracji, a Msza – pozbawiona kazania.

Edyta z miasteczka na południowym Podlasiu opowiada, jak jej znajomi usłyszeli od proboszcza „co łaska, nie mniej niż tysiąc”. – Nieprawda – oburza się ów proboszcz. – Jeszcze nigdy ślubu za tysiąc nie miałem. Z zasady ofiara jest dobrowolna. 200, 300, 700 zł albo za darmo, jeśli nie mają pieniędzy. To wszystko plotki – mówi smutno.

Magda z warszawskiej parafii: – Zakonnica pracująca w kancelarii powiedziała, że za ślub biorą „co łaska, ale nie mniej niż 300 zł”. Gdy chcieliśmy zapłacić tę ofiarę, powiedziała, żeby z tym udać się do proboszcza. Gdy spytałam go, czy nie ma minimalnej kwoty, odpowiedział, że gdybyśmy ofiarowali nawet 10 zł, to ślub się odbędzie.

Ks. Fidelus zapewnia, że problemem w kościele Mariackim może być co najwyżej termin. Kalendarz jest pełen. O stawkach nie ma mowy, choć to jeden z najpopularniejszych kościołów krakowskich. – Np. studenci często w ogóle nie mają pieniędzy – mówi. – Bywa, że ktoś przychodzi chrzcić dziecko, a nie ma ślubu kościelnego i tłumaczy, że go na to nie stać. Wtedy wszystko załatwimy, bez żadnych ofiar.

Inni księża podkreślają, że jeśli stać kogoś na wesele, to stać i na ofiarę.

Na stronie internetowej gdańskich dominikanów czytamy: „Od pary biorącej ślub w naszym kościele pobieramy opłatę 500 zł. Opłata jest stała. Zawiera wynagrodzenie organisty. Nie ma żadnych dodatkowych opłat. Jeśli suma ta jest dla Was zbyt wysoka, nie bójcie się o tym powiedzieć”.

– Tak jest od początku roku. Traktujemy to jako eksperyment. Na razie funkcjonuje dobrze – mówi o. Jacek Krzysztofowicz, przeor i proboszcz kościoła św. Mikołaja w Gdańsku. – Wydaje mi się, że ludzie wolą jasne reguły. Jeśli każemy im się domyślać, nie dziwmy się, że bywają niedomyślni. Dziś młodzi często wybierają kościół tak jak salę weselną czy orkiestrę – mówi. – Przez wszystkie poprzednie lata na pytanie: ile, odpowiadałem: dobrowolna ofiara. I często były to grosze. Określenie wysokości ofiary nie ma być wzmocnieniem finansów parafii czy wielkim zyskiem. Chcę mieć jednak poczucie, że jesteśmy szanowani, a nie wykorzystywani. Za rzeczy ważne nie można płacić groszy.

Kłopoty zaczynają się, gdy młodzi wybierają kościół inny niż parafialny. Biurokratyczne, ale z podłożem finansowym. Małgorzata i Michał półtora roku temu brali ślub w rodzinnej miejscowości panny młodej, choć oboje mieszkali w Krakowie. Poprosili – byłego już – proboszcza parafii Michała o wypisanie protokołu i delegacji. Byli przygotowani na ofiarę za ten dokument. Ale usłyszeli: „nie będę na was tracił czasu, skoro ślub gdzie indziej bierzecie i pieniądze gdzie indziej nosicie”. Skończyło się skargą do kurii, która odpisała z ubolewaniem i poinformowała, że proboszcz został poproszony o wyjaśnienia.

Ks. prałat Tadeusz Dziedzic, nowy proboszcz tej parafii, krakowskich Łagiewnik, rozkłada ręce. Objął ją pół roku temu. I rozpoczął zmiany.

Wzór z Czarnego Lądu

Na dębowym biurku w łagiewnickiej kancelarii stoi stary żelazny krucyfiks i obita skórą puszka z napisem „ofiara za zaświadczenia”; wokół walają się ekierka, klej w sztyfcie, liczne książki i zapiski. Proboszcz wyjmuje z szuflady gruby zeszyt w kratkę i pokazuje skrupulatnie notowane wpływy z iura stolae i składek.

Wcześniej był misjonarzem w Tanzanii. Pierwszym, co zrobił po objęciu Łagiewnik, było… założenie konta. Wcześniej parafia go nie miała. Teraz gromadzi wszystkie faktury i wyciągi. Opowiada, że właśnie zakładają radę parafialną, której elementem będzie rada ekonomiczna. Świeccy zajmą się finansami. Już teraz ma wśród parafian doradców. Wszystkie księgi są do wglądu.

– Ważne, żeby była jasność – podkreśla ks. Dziedzic. – Misje, gdzie brakuje księży, mogą być dla nas przykładem. W Afryce zajmowałem się 32 kościołami, mogłem w nich więc być co jakiś czas. Ale każdy z tych kościołów żył nawet pod moją nieobecność, opiekowali się nimi świeccy.

Na terenie parafii znajduje się słynne Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Odkąd powstało, wielu wiernych zaczęło tam chodzić na Msze. Poprzedni proboszcz na to pomstował. Tymczasem ks. Dziedzic słyszał w czasie kolędy, że ludzie wracają do kościoła parafialnego. – Mówią, że tam co tydzień są inni ludzie, kolejni pielgrzymi i trudno się skupić – opowiada proboszcz. – Tu najwyraźniej czują się bardziej we wspólnocie.

Nasz rozmówca pokazuje księgę finansową. W styczniu z iura stolae parafia zebrała 2745 zł. Taca przeważnie nie starcza na opłaty. Miesięczne utrzymanie kościoła w zimie to ok. 3 tys. zł (ogrzewanie jest elektryczne). W lecie – 1,5 tys.

Włącznie z proboszczem pracuje tu trzech księży. Otrzymane datki składają do wspólnej puli, po odliczeniu kontrybutów dzielą pieniądze na cztery: dwie części dla proboszcza, po jednej dla wikariuszy (którzy mają jeszcze pensje w szkole).

Każdy ksiądz płaci 750 zł za mieszkanie na plebanii. To opłaty i pieniądze dla parafii. Płacą też za wyżywienie.

W grudniu wikarzy z iura stolae otrzymali po 213 zł. Ze stypendiów mszalnych, też zbieranych do wspólnej puli, wychodzi po ok. 1000 zł dla każdego. Oprócz tego dostają jeszcze połowę pieniędzy zebranych na kolędzie. Druga trafia do kurii.

Ks. Dziedzic policzył, że w sumie jako proboszcz zarabia 1700-1800 zł miesięcznie. – Ostatecznie jestem szefem – żartuje.

Taka jest pensja księdza w średniej miejskiej parafii. Na wsi bywa dużo niższa. Przeciętne wynagrodzenie brutto wyniosło według GUS w Polsce w styczniu 2969,65 zł.

Pogrzeb bez VAT-u

– Nie lubię mówić o pieniądzach – mówi proboszcz Łagiewnik. – Ale trzeba.

Zastanawia się, jak najwygodniej upublicznić finanse parafii. Może wywiesi sprawozdanie w gablocie?

Proboszcz sporej wsi nieopodal Tyczyna ujmuje problem dobitnie: – Ludzie myślą, że jeśli mają w domu dwie żarówki i płacą tyle i tyle, to w kościele płaci się tyle samo. A tu żarówek jest więcej.

Zawsze mówi, ile zebrał ze składek. Ale nie ogłasza, ile kosztował obiad dla księży na odpuście. – Zawsze by powiedzieli, że za dużo. Ludzie mają swoje bajki na nasz temat – wykłada. – I trzeba ich uświadamiać.

To uświadamianie przyjmuje czasem niekoniecznie zręczne formy. Ks. Dziedzic jest zdecydowanym przeciwnikiem wyczytywania z ambony, ile kto ofiarował. – Niech nie wie lewa ręka, co czyni prawa – cytuje.

Inne zdanie ma proboszcz jednej z podrzeszowskich parafii. W ramach ogłoszeń wyczytuje nazwiska i wysokość datków. – Ludzie się szczycą tym, co dali na parafię – zapewnia. – To podpucha – komentuje zgryźliwie starszy mężczyzna. – Wjeżdżanie na ambicję, żeby dawali więcej. Mnie nie zależy na sławie.

Młoda kobieta: – Dobrze wiedzieć, ile ludzie dają. To takie rozpoznanie, ile samemu powinno się dać.

W pobliskiej wsi z XVI-wiecznym modrzewiowym kościołem parafianie opowiadają, jak to nowy proboszcz stwierdził, że plebania wymaga remontu, i wziął kredyt. Potem poinformował, że co niedziela będzie wyczytywał kolejne numery domów, których mieszkańcy mają dawać na tacę po 50-100 zł. Ludzie się zbuntowali, a wtedy ksiądz zagroził im informowaniem z ambony, kto ile dał.

O. Krzysztofowicz z Gdańska przyznaje, że wobec parafian nie zdobyłby się na określenie stałych stawek. Nie proponuje wysokości ofiary w przypadku chrztu czy pogrzebu. Szczególnie gdy stoi się nad grobem, w obliczu bólu bliskich, to nie moment na sprawy finansowe.

Pogrzeb to najbardziej kontrowersyjna okazja do ofiary. Wielu księży powtarza, że z opłatami (rzadziej mówią: ofiarami) czeka, aż ZUS wypłaci zasiłek pogrzebowy. Ale nie zawsze. Dziewczynie Andrzeja z miasteczka w Opolskiem zmarł cztery lata temu ojciec. Ona angażowała się w scholę, sprzątała na plebanii. Ale z 500 zł księża nie poczekali na ZUS. Musiała się zapożyczyć.

Abp Kazimierz Nycz, metropolita warszawski, podczas debaty w ramach Gdańskiego Areopagu w listopadzie 2007 r. zwracał uwagę na rolę kontaktu z wiernymi w kancelarii. Akcentował właśnie moment, gdy pojawia się tam rodzina zmarłego. „Nawet jeśli przyszli tylko dlatego, że dziadziuś wierzył. Ostatnia nitka, która wiąże z Kościołem, nie może być zerwana” – przestrzegał. – „Nieraz zapomina się o tym, że kto przeżył śmierć swojego ojca czy matki, bywa niezmiernie wrażliwy. Jedno niefortunne słowo, jedno słowo niegrzeczne na lekko podniesionym tonie potrafi zablokować na wiele, wiele lat”.

W tamtych przypadkach mogło zabraknąć owej wrażliwości. Ale historia pani B. pokazuje, jak niejasne zasady mogą prowadzić do poważniejszych nadużyć. Chodzi o jeden z najważniejszych polskich cmentarzy. Pani B. chciała pochować ojca tam, gdzie leży reszta rodziny. Przed pogrzebem proboszcz i zarazem dyrektor cmentarza o statusie parafialnego, polecił jej w ciągu trzech dni przynieść 16 tys. zł w gotówce. Na 3573,80 zł kobieta dostała fakturę za „usługi pogrzebowe i pokrewne”. Na pozostałe 12,5 tys. zł – odręcznie wypisane pokwitowanie z pieczęcią parafii o treści: „dzierżawa wieczysta (tu numer działki), ofiara 12,5 tys. zł”. Ma jeszcze zaświadczenie dzierżawy z adnotacją, że opłata została dokonana w całości. Bez podanej sumy.

– Po pogrzebie postanowiłam wrócić i poprosić proboszcza o fakturę na tę sumę, myślałam o odliczeniu jej od podatku – opowiada pani B. – Usłyszałam, że mogę dostać fakturę, ale wtedy… muszę dopłacić 22 proc.

Czyli podatek VAT.

Proboszcz o niczym takim nie pamięta. Nigdy takiego pokwitowania nie wystawiał. A koszty mogły wynosić najwyżej 4-5 tys. zł. W biurze zarządu cmentarza pytamy, ile kosztuje dzierżawa wieczysta miejsca. – Nie ma u nas takich opłat – brzmi odpowiedź. – Płaci się tylko koszty pogrzebu, a te zależą od wielu czynników.

Pani B. faktury nie wzięła, nie miała z czego dopłacić. W kurii usłyszała, że to proboszcz ustala zasady. 16 tys. spłaca do dziś. Nie ujawni nazwiska. – Też kiedyś umrę i nie chcę, żeby moje córki miały takie same problemy.

Tomasz z podprzemyskiej wsi opowiada za to, jak proboszcz nie chciał przyjąć ofiary za pogrzeb jego babci. – Tłumaczył, że przynosiła mu pod koniec życia raz na miesiąc reklamówkę jajek.

Czy można sobie w Polsce wyobrazić kasę fiskalną na plebanii, zaświadczenia o złożonych datkach, odprowadzanie ofiar na Kościół jako części podatku? Raczej nie. Ks. infułat Fidelus zaznacza, że np. niemiecki system – Kirchensteuer, w którym jest się opodatkowanym na swoją wspólnotę wyznaniową – powstał na innym podłożu kulturowym i w Polsce jest niezrozumiały. – Ludzie mają dość podatków – mówi. – A ogromną zaletą polskiego systemu jest to, że opiera się na dobrowolności ofiar.

Skąd więc skargi wiernych i tak często zła opinia o tym systemie? Zakłada on dobrowolne datki, ale nazbyt często wierni mają wrażenie, że są przymuszani. Powtarzają, że boją się nie spełnić oczekiwań księdza.

Sami też nie są bez winy. Grzegorz Pac, publicysta „Więzi”, podkreśla, że sakramenty traktuje się jak usługi. – Jeśli ktoś w ogóle nie uczestniczy w życiu religijnym, a potem przychodzi „załatwić” ślub, spodziewa się być potraktowany jak w urzędzie – mówi.

Według Paca w podejściu do spraw finansowych Kościoła dominuje rytualizm. – Msza ma swoje elementy: wstajemy, siadamy, robimy znak krzyża, wyciągamy portfele… Nie myśli się o tym jak o obowiązku utrzymywania swojej parafii.

W teorii polski system zakłada, że wierni powinni się czuć odpowiedzialni za parafię. Jeśli jednak nie są informowani, ile faktycznie kosztuje jej utrzymanie, jak są wydawane pieniądze z ich składek, skąd mają wiedzieć, że to nieprawda, iż ksiądz „zbiera z tacą na samochód”?

Ks. Tadeusz Dziedzic mówi, że przez pół roku, odkąd jest proboszczem, składki się podwoiły. A na kościele jest świeżo pomalowany dach.

źródło: tygodnik.onet.pl

 

Tajemnicza zbiórka pieniędzy księdza Sznajdera marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:20 pm

Już dwa miesiące rodzina z ul. Opaczewskiej czeka na pieniądze, które po tragicznym pożarze zbierał dla nich miejscowy proboszcz. – Czekam, aż się otrząsną z szoku, żeby je rozsądnie wydali – tłumaczy ksiądz

Tragedia wydarzyła się w Boże Narodzenie wieczorem. Od zwarcia w lampkach choinkowych zapaliły się firanki i podłoga w mieszkaniu przy ul. Opaczewskiej 28 zajmowanym przez dziesięcioosobową, wielopokoleniową rodzinę państwa Bożejewskich. Pożar rozprzestrzeniał się błyskawicznie i odciął cztery osoby, które musiały skakać z czwartego piętra na strażacką poduszkę. Nikt nie zginął, ale trzy osoby zostały poparzone – pani Małgorzata, jej 17-letnia córka i mąż są ciągle w szpitalu. Paulinę czekają przeszczepy skóry. Rodzina w pożarze straciła wszystko.Na pomoc ruszyli mieszkańcy miasta i czytelnicy “Gazety”. Władze Ochoty od razu przekazały obszerne mieszkanie w tej samej kamienicy. Rodzina dostała ubrania, meble, kosmetyki, sprzęt AGD. Straż pożarna dała dwa komputery. Pomoc przyszła też ze szkoły, do której chodzi Dominik, wnuk Bożejewskich. – A sąsiadka uszyła zasłony i firanki. Ktoś przyniósł nawet kwiatki na okna – wzrusza się pani Małgorzata.

Dzień po pożarze do akcji ruszyła także nowa sąsiadka Bożejewskich, pani Marta. – Wraz z koleżanką przeszłam się po kamienicy, kwestując na pogorzelców – opowiada. Do metalowej puszki sąsiedzi wrzucili 1800 zł, które pani Marta przekazała poszkodowanej rodzinie.

- Każdy, kto dał pieniądze, podpisał się na liście. Rozliczenie trzymam w domu – zastrzega pani Marta, która do dziś pomaga rodzinie.

Także ks. Kazimierz Sznajder, proboszcz parafii NMP Królowej Świata na ul. Opaczewskiej 20 i wicedziekan dekanatu ochockiego, był poruszony losem pogorzelców. Dzień po tragicznym pożarze ogłosił z ambony zbiórkę pieniędzy wśród wiernych. Przy wejściu do kościoła stanęły dwie przezroczyste skarbonki z kartką “Dla poszkodowanych pogorzelców”. Kwesta trwała przez dwie poświąteczne niedziele. Według relacji wiernych skrzynki szybko wypełniły się datkami.

Mijały dni, a Bożejewscy nie mogli doczekać się zebranych pieniędzy. – Ja jeszcze długo nie będę mogła pracować, mąż w szpitalu, żyjemy tylko z opieki społecznej i skromnych rent rodziców – mówi pani Małgorzata. Już po zbiórce poprosili o pomoc księdza z parafii, który przyszedł zapowiedzieć kolędę – ten obiecał, że przyjdzie proboszcz. Nie przyszedł. Wtedy inicjatywę przejęła pani Marta. – Razem z Gosią poszliśmy do parafii. Dowiedziałyśmy się, że ksiądz wyjechał na urlop.

W końcu pani Marta dotarła do proboszcza 17 lutego. – Powiedziałam, że pani Małgorzata wciąż czeka na jego wizytę. Obiecał, że przyjdzie we wtorek albo środę wieczorem. I znów nie przyszedł. Nikt z parafii nie przyniósł też pieniędzy ze zbiórki ani nie poinformował, kiedy rodzina może się ich spodziewać i ile zebrano.

We wtorek rozmawialiśmy z proboszczem Sznajderem. Tłumaczył: – To są dwie rodziny, czekałem, aż wszyscy wrócą ze szpitala, żeby równo podzielili pieniądze. Dodał, że “słyszał, że rodzina ma już dość darów”. Zasugerował też, że zainteresowanie tymi pieniędzmi może być przez mieszkańców okolicy odebrane jako chęć “naciągnięcia proboszcza”. Wymawiał się też chorobą, która uniemożliwiła mu pójście do mieszkających kilkadziesiąt metrów od niego Bożejewskich. “Zastanówcie się, komu pomagacie” – usłyszeliśmy też od proboszcza.

Pogorzelcy i ich przyjaciele są oburzeni, że ksiądz przez dwa miesiące nie dostarczył pieniędzy z kościelnej zbiórki. – Na początku myślałam, że proboszcz chce pomóc tym ludziom. Teraz nie wiem, co myśleć – mówi pani Marta.

Nie udało nam się dowiedzieć, ile pieniędzy zebrał ksiądz Sznajder ani kiedy zamierza je przekazać poszkodowanym. Powiedział nam tylko: “Jak dostaną później, to je lepiej wykorzystają. Teraz muszą ochłonąć po pożarze”.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
 

Kto się boi księdza Maja z Doliny Służewieckiej marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:19 pm

Wybiorą estakady – narażą się wpływowemu duchownemu. Postawią tunel – zapłacą dwa razy więcej

List do Hanny Gronkiewicz-Waltz napisany jest odręcznie. “Od czasu Stefana Starzyńskiego żaden prezydent nie znał tego miasta jak pani” – pisze do prezydent Warszawy ks. Józef Maj, proboszcz parafii św. Katarzyny na Służewiu. “Nie ma dziś sensu budowa rozwiązań sprzed kilkudziesięciu lat”.List wysłał, bo niebawem zapadnie decyzja. Polityczna. Władze miasta postanowią, jak będzie wyglądał fragment miejskiej obwodnicy w Dolinie Służewieckiej: czy pójdzie górą po wiaduktach, czy dołem w tunelu. Wiadukty są dwa razy tańsze. Ale nie chce ich proboszcz Maj i związana z kościołem Fundacja Służewska. Trzy lata temu, gdy był już ogłoszony przetarg na projekt nie po myśli księdza, zablokował go. Teraz miasto znowu przymierza się do inwestycji.

Muszę trzymać wywiad w urzędach

O 6.30 Doliną Służewiecką przejeżdża 29 samochodów na minutę. Przeważają ciężarowe i autobusy. Jedna trzecia to samochody osobowe. Godzinę później jest już 69 aut na minutę. A o ósmej dokładnie 82. Teraz większość z nich to osobowe. To liczenie z soboty 23 lutego. Ktoś zaznacza: to wolny dzień.

Samochody spędzają proboszczowi Majowi sen z powiek. Dlatego chce wiedzieć, ile ich tędy przejeżdża. Trasa przecina wzgórze, na którym stoi kościół. Wyjątkowe jest i wzgórze, i parafia ufundowana przez Konrada Mazowieckiego w XIII w., najstarsza w Warszawie. Kościół był palony, niszczony, nawet zamieniony w stajnię przez Szwedów w czasie potopu szwedzkiego. Przetrwał.

- W 1995 r. myślałem, że choroby psychicznej dostanę. Co poszedłem do kościoła, nowe pęknięcia widziałem. Za ołtarzem było takie, że rękę można było włożyć – opowiada ksiądz Józef Maj.

Pożyczył pieniądze, wystarał się o dotację z miasta i kościół wzmocnił. Dookoła fundamentów wbito ok. 160 pali, które powstrzymują zniszczenia.

W podziemiach, gdzie jest kancelaria księdza, nie słychać dokuczliwego ryku silników. Na ścianach obrazy i rysunki. Na jednym z nich pochód ludzi z transparentami. Jest symbol “Solidarności” i napis “1 Maja świętem ks. Józefa”. Są twarze opozycji, m.in. Lech Wałęsa. Zanim ksiądz opowie o wojowaniu z urzędnikami o tunel, skończy spotkanie z gościem ze stowarzyszenia Civitas Christiana. Do parafii ma przyjechać znany historyk Peter Raina. Spotka się z dużą czy małą grupą gości? I kiedy? Druga połowa maja odpada. Ksiądz wybiera się do Kazachstanu. Telefon komórkowy odbiera tylko do 11. Potem nie ma czasu na rozmowy. W kancelarii trudno go zastać.

Na temat miejskiej obwodnicy pod swoim kościołem przygotował stosy materiałów. Na ustawionych w długim rzędzie masywnych stołach leżą segregatory pełne korespondencji z urzędnikami, ekspertyzy naukowców, opis prac wzmacniających mury kościoła i mapy. – Tę wydobyłem niedawno z ministerstwa, nieoficjalnie. O zgrozo, o hańbo, żebym ja musiał swój wywiad trzymać w urzędach! – załamuje ręce proboszcz Maj, ale uśmiech nie schodzi mu z twarzy.

Wyciąga niewielkie płaskie pudełko, wysypuje na wierzch dłoni brązowy proszek. Ksiądz zażywa tabakę? – Przytomnie muszę z niewiastą rozmawiać – tłumaczy.

I pokazuje zdobyczną mapę Warszawy, na której rozrysowano przebieg planowanych tras ekspresowych: – Widać jasno, że cały ruch pójdzie tędy, przez Dolinę Służewiecką.

Walczy więc, żeby pędzące samochody schować pod ziemię, do tunelu. Wydeptuje ścieżki do Zarządu Dróg Miejskich, notabli w ratuszu, radnych, naukowców, projektantów. – To, że jestem księdzem, działa in plus – mówi. – Znają mnie. Jak kiedyś poszedłem do biura planowania rozwoju Warszawy, to usłyszałem: “Maj żywemu nie przepuści”.

Dobre relacje z panią Hanią

Trzy lata temu przekonał się o tym Mirosław Kazubek, dyrektor ZDM ds. inwestycji. – Ksiądz Maj to wpływowa osoba. Nie będę o nim rozmawiać – ucina teraz. I odsyła do rzecznika.

Początek 2005 r. Trwa przetarg na projekt jezdni w Dolinie Służewieckiej: z wiaduktami i w wykopie, tak jak zleca dawna gmina Centrum. O budowie u księdza dyskutuje 20 osób: urzędnicy ratusza, szef ZDM, przedstawiciele stołecznego konserwatora zabytków, naukowcy z Politechniki Warszawskiej i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. – Most Siekierkowski został postawiony, modernizacja trasy jest konieczna – tłumaczy wówczas dyrektor Kazubek. Bo Dolina Służewiecka jest przedłużeniem mostu i Trasy Siekierkowskiej.

Ma już prawomocną decyzję lokalizacyjną. Proboszcz wytyka, że parafia dowiaduje się o niej po fakcie, a powinna być stroną. Dyrektor przekonuje, że tunel jest za drogi. I że konieczne do jego budowy palowanie będzie dla kościoła niekorzystne.

Wtedy głos zabiera szef miejskiego biura drogownictwa Henryk Rządzki: przeprasza księdza za to, “co się dzieje w urzędzie miasta”, i zapewnia, że ZDM samowolnie ogłosił przetarg.

Z parafii św. Katarzyny idą listy z prośbą o interwencję: do radnych, do Andrzeja Przewoźnika, sekretarza generalnego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Są efekty. Radni piszą do prezydenta, że tunel będzie lepszy, bo na jego powierzchni będzie mógł powstać Park Pamięci Narodowej. Pisze też Andrzej Przewoźnik: podnosi, że projekt z wiaduktem nie uwzględnia wartości zabytkowej, historycznej i krajobrazowej Wzgórza Służewieckiego.

- No i udało mi się wstrzymać budowę. To była ostatnia decyzja Lecha Kaczyńskiego jako prezydenta miasta – podkreśla ksiądz Maj.

Przed kim skapitulował prezydent? Internetowa encyklopedia Wikipedia.: “Ks. prałat Józef Maj, w latach 50. i 60. działacz opozycji młodzieżowej. Duszpasterz akademicki w kościele św. Anny, współorganizator Prymasowskiego Komitetu Charytatywno-Społecznego. Wspiera represjonowanych. Kapelan Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Doprowadza do budowy pomnika Męczenników Terroru Komunistycznego z Lat 1944-1956″.

Źródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna
 

Wejherowo broni czołgu przed księdzem! marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:17 pm
W okolicach Trójmiasta leży miejscowość Wejherowo. W Wejherowie zaś, przy trasie przelotowej na Hel, stoi w charakterze pomnika czołg T-34, będący kością niezgody między ludem a plebanem.
 

Wszyscy są równi wobec prawa. Ksiądz też marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:16 pm

Prokurator: Przesłuchuję kogoś, kto popełnił czyn karalny, bywa że odrażający. Ksiądz Piotr T. z Dębnicy k. Człuchowa molestował seksualnie ministrantów, podawał im narkotyki i rozpijał. W ub. czwartek słupski sąd prawomocnie orzekł winę kapłana i skazał go na cztery lata więzienia i czteroletni zakaz kontaktowania się z ofiarami.

Bp Stanisław Stefanek, w reportażu, który “Gazeta” opublikowała w poniedziałek, stwierdził: – Ja nie wierzę, że prokuratura czy policja są w stanie dojść pełni prawdy. To my, ludzie Kościoła, szanujemy dobre imię człowieka. I jakoś nam się to udaje, od wieków.W ten sposób hierarcha tłumaczył, dlaczego nie wysłuchał chłopców obwiniających szczecińskiego duchownego, księdza Andrzeja, o to, że wykorzystywał ich seksualnie.Czy prokuratura istotnie sobie nie radzi? Prokuratury podległe Prokuraturze Apelacyjnej w Gdańsku w ostatnim czasie zakończyły aktami oskarżenia dwie sprawy związane ze skandalami obyczajowymi w Kościele. Ksiądz Piotr T. z Dębnicy k. Człuchowa molestował seksualnie ministrantów, podawał im narkotyki i rozpijał. W ub. czwartek słupski sąd prawomocnie orzekł winę kapłana i skazał go na cztery lata więzienia i czteroletni zakaz kontaktowania się z ofiarami. W parafii św. Katarzyny w Starogardzie Gdańskim w latach 1996-2006 ofiarami pedofilów padło 13 ministrantów. Oskarżeni to 60-letni kościelny Waldemar G. i przełożony grupy ministrantów 26-letni Tomasz J. Pierwszy został już prawomocnie skazany na siedem lat pozbawienia wolności, proces drugiego ma się zakończyć w najbliższych miesiącach.Roman Daszczyński, Paweł Wiejas: Prowadzi pan sprawę o pedofilię. Przesłuchuje pan księdza…

Ireneusz Tomaszewski, szef Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku: Kodeks karny nie przewiduje możliwości różnicowania – ze względu na jakieś cechy – sprawców przestępstw tak zwanych powszechnych, do których należy większość występków przeciwko wolności seksualnej i obyczajności. Ja przesłuchuję nie księdza, nie hydraulika czy dziennikarza. Przede mną stoi człowiek podejrzany o przestępstwo. Bo prawo jest równe dla wszystkich i nie wartościuje nikogo ze względu na kolor skóry, wyznanie, pozycję społeczną. Przesłuchuję kogoś, kto popełnił czyn karalny, bywa że odrażający.

Taki jak wykorzystywanie seksualne dzieci i młodzieży?

- Tak, ta kategoria przestępstw budzi w każdym odrazę. Zawsze tak jest, gdy dochodzi do krzywdzenia dzieci. Wiem, że od wymiaru sprawiedliwości oczekuje się wtedy najsurowszej kary dla sprawcy. Tymczasem takie postępowania są bardzo trudne do prowadzenia. To dlatego, że przeważnie mamy słowo przeciwko słowu. Materialnymi dowodami w tego typu sprawach dysponujemy najczęściej tylko wtedy, gdy dochodzi do szybkiego poinformowania prokuratury i policji o tym, że doszło do przestępstwa na tle seksualnym.

Trop musi być więc świeży, żeby postępowanie zakończyć oskarżeniem, a później skazaniem sprawcy?

- Im mniej czasu upłynęło, tym oczywiście lepiej. Możemy działać wtedy szybko i efektywniej. Łatwiej odtworzyć okoliczności przestępstwa, bo ofiara pamięta więcej szczegółów. Wtedy też najsilniejsze są jej emocje i chęć oczyszczenia się z tego, co zaszło, bo ofiary przestępstw na tle seksualnym czują się “brudne”. Po latach, choć w wielu przypadkach nadal odczuwają ból, to jednak uczą się jakoś z nim żyć, a chęć dochodzenia sprawiedliwości w nich słabnie. Ale nawet wtedy, jeśli zdecydowałyby się powiadomić, że padły ofiarą wykorzystania seksualnego nie jest za późno.

Prokuratura radzi sobie ze ściganiem pedofilów?

- Mamy odpowiednie narzędzia, żeby być skutecznymi. Obawy pokrzywdzonych, że powiadomienie prokuratury sprawi, że “wszyscy będą wiedzieć, przez co przeszedłem”, są nieuzasadnione. Współpracujemy z psychologami, utajnienie personaliów ofiar to nasz ustawowy obowiązek. Podobnie jest już potem, gdy akt oskarżenia trafia do sądu. Bo tutaj celem nadrzędnym powinno być dobro ofiary. Ona jest podmiotem, ona musi poczuć satysfakcję z ukarania sprawcy. To ułatwia powrót do zdrowia, bo cierpienie psychiczne ofiar pedofilii może trwać przez całe życie. Najlepiej, gdyby wyrządzona krzywda została naprawiona. Polski wymiar sprawiedliwości od dawna ewoluuje w takim kierunku, choć do zrobienia jeszcze sporo zostało.

Który etap prowadzenia “spraw seksualnych” jest najtrudniejszy?

- Najważniejsze jest, by sama ofiara przełamała się i zaczęła mówić, to musi być jej własna, przemyślana decyzja. Inaczej nic z tego nie będzie. To ona musi konsekwentnie dążyć do rozstrzygnięcia. Wiem, że gdy człowiek jest wewnętrznie rozdarty, to trudno o tę konsekwencję, ale inaczej się nie da. Widziałem już bardzo mocne akty oskarżenia, które pogrzebane zostały na sali sądowej. To dlatego, że ofiara nagle uznawała, że nie może przeżywać wszystkiego od nowa. Wycofywała się.

Czy niepowiadomienie o tym, że ktoś popełnił przestępstwo na tle seksualnym, jest karalne?

- Prokuratura z urzędu ściga tylko za czyny popełnione wobec osób poniżej 15. roku życia. Pozostałe są ścigane dopiero po złożeniu zawiadomienia oraz stosownego wniosku o ściganie.

Jeśli wpływowa osoba, powszechnie szanowana mówi do potencjalnej ofiary: “nie idź z tym do prokuratury”, to popełnia przestępstwo?

- Nie ma przestępstwa, chyba że posłużono się jako argumentem groźbą karalną. Takie nakłanianie ma oczywiście swój wymiar moralny. Im wyższa pozycja społeczna i świadomość, tym ta moralna odpowiedzialność w moim przekonaniu jest wyższa. Uważam, że nie powinno się milczeć, gdy wiemy o krzywdzie innych. W przypadku pedofilii jest jeszcze tak, że milcząc, krzywdzimy samego pedofila.

Jakoś trudno zdobyć się na współczucie.

- Pedofil powinien zostać poddany terapii, czego z własnej woli raczej nie zrobi. Informując o nim policję i prokuraturę, jesteśmy w stanie zapobiec wielu nieszczęściom. Przerażające są sprawy, gdy matka po latach zeznaje, że jej córka była wykorzystywana przez brata, ojca, kuzyna. A ona milczała, bo uważała, że tylko pogłębi już wyrządzone krzywdy. Nieprawda. Mogła zapobiec kolejnym. Tak się dzieje w różnych środowiskach.

Źródło: Gazeta Wyborcza
 

“Nie zasłużył na katolicki pochówek” marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:15 pm
Ksiądz nie chciał pochować tragicznie zmarłego w wypadku mężczyzny z Brzeźna koło Konina. – Nie zasłużył na katolicki pochówek – powiedział. Rodzina pożegnała zmarłego w przycmentarnej kaplicy.

- On całe życie nie chodził do kościoła, nie interesowały go msze, za życia nie były mu potrzebne – tłumaczy swoją decyzję ksiądz. Narzeczona zmarłego, Agnieszka Trochimiak nie chce pogodzić się z decyzją księdza. – Przecież on reprezentuje Boga, powinien nam pomóc – mówi. Jeszcze w tym roku chcieli wziąć ze zmarłym ślub. – Nie umiem powiedzieć dzieciom, że nie pójdziemy się pomodlić za niego do kościoła – dodaje.

-To był normalny człowiek, pracował, miał dzieci – podkreśla siostra mężczyzny, Agnieszka Matyjasik.

Krewni mężczyzny próbowali interweniować u dziekana i wikariusza biskupiego. Bezskutecznie.

“Nikt nie ma prawa go osądzać”

W końcu proboszcz zgodził się na częściową ceremonię. W kościele odbyła się msza w intencji zmarłego, jednak rodzinie nie pozwolono wnieść do środka trumny z ciałem.

Mszę w imieniu proboszcza odprawił wikary.

- Boleję nad tym, że przez tyle lat nie zawarł związku małżeńskiego, że nie miał na kościół czasu – mówił ksiądz podczas pogrzebu. Rodzina natychmiast zareagowała: -Niech ksiądz tak nie mówi! Nie wolno go osądzać! Proszę stąd iść!- krzyczeli.

Ksiądz ceremonii nie dokończył, wyszedł z cmentarza, pozostawiając trumnę nad grobem. Rodzinie nie udało się znaleźć duchownego, który zgodziłby się pochować mężczyznę.

Najbliżsi podjęli decyzję, że pochowają zmarłego bez pomocy księdza. Nie chcą jednak pozostawiać tej sprawy. Zamierzają poskarżyć się do kurii. Na razie jednak po prostu trudno im w to wszystko uwierzyć.

źródło: tvn

 

Cmentarz jak wysypisko marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:14 pm

Hałda śmieci na cmentarzu parafialnym przy kościele pw. św. Mikołaja przy ul. Dębickiej w Rzeszowie jest wielkości samochodu ciężarowego. – Nie podpiszę umowy na wywóz śmieci – mówi proboszcz parafii.

O tym, że na cmentarzu są tony śmieci: sztucznych kwiatów, plastiku, szklanych zniczy, zaalarmowali straż miejską mieszkańcy ulicy Dębickiej. Strażnicy i inspektorzy z wydziału ochrony środowiska urzędu miejskiego pojawili się na terenie parafii. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że ksiądz proboszcz w niewybredny sposób “pogonił” strażników i inspektorów. – Aż tak źle nie było – łagodzi Józef Wisz, komendant rzeszowskiej straży, która nakazała proboszczowi, by podpisał umowę na wywózkę śmieci. Każdy administrator posesji ma taki obowiązek.Ksiądz: Śmieci były, są i będą. To mój teren

Ksiądz proboszcz ma jednak swoje zdanie: – Nie będę podpisywał żadnej umowy. Śmieci na cmentarzu zawsze były, są i będą.

Nie przekonują go argumenty, że śmieci powinny trafiać na wysypisko. – Tam nie będą zakopywane. Co to za różnica, czy są tam czy tu – mówi. Bo dotychczas resztki trafiały do dołów wykopywanych na terenie parafii. – Na własnym terenie mogę zakopywać, co chcę – uważa proboszcz. Nie przekonuje go argument, że nieorganiczne odpadki zanieczyszczą ziemię na wiele lat. Obiecuje jednak, że gdy tylko zrobi się ciepło, śmieci z cmentarza znikną. Jest rozgoryczony. – W naszym domu rekolekcyjnym spotykaliśmy się z prezydentem Ferencem. Namawiałem parafian z Przybyszówki, by głosowali za przyłączeniem do Rzeszowa. Teraz tego żałuję – mówi.

Dlaczego? – pytamy.

- Właśnie dlatego, że np. z powodu śmieci wy tu jesteście i chcecie mnie opisywać – mówi proboszcz.

“Nie stać mnie na to”

Dyrektor Wydziału Ochrony Środowiska UM Rzeszowa Stanisław Homa nie kryje, że problem z parafią św. Mikołaja spędza urzędnikom sen z powiek. – Sprawa jest poważna, bo wszystkie nieorganiczne śmieci od lat są zakopywane na terenie parafii, a przecież nie byłoby problemu, gdyby oddzielać naturalne kwiaty czy inne rośliny, przygotować kompostownik i tam je wyrzucać, a wszystkie odpadki szklane czy plastikowe wrzucać do specjalnego pojemnika. Administrator posesji ma taki obowiązek. Proboszcz jest jednak nieugięty – mówi.

Proboszcz nie myśli o segregacji śmieci i narzeka, że MPGK żąda od niego potężnych pieniędzy za wywóz śmieci. – Chcieli 30 tys. zł rocznie. To za dużo. Nie stać mnie na to – tłumaczy.

Prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej Juliusz Sieczkowski nie jest w stanie potwierdzić, czy kwota wymieniona przez proboszcza jest realna. – Wywózka metra sześciennego śmieci kosztuje obecnie 47 zł. W przypadku gdy trzeba je zbierać łopatami z ziemi, cena rośnie do 53 zł. Nie wiem, skąd ksiądz wziął kwotę 30 tys., bo my nie liczyliśmy, ile metrów sześciennych śmieci leży na cmentarzu – mówi i dodaje, że ceny zostały proboszczowi przedstawione około dwóch lat temu. Do tej pory parafia nie ma umowy na wywóz śmieci.

Straż miejska: Nie możemy dłużej przymykać oka

- Gdyby była umowa i odpady odbierane systematycznie, nie byłoby takiego problemu. Zresztą parafia nie musi korzystać z naszych usług, bo nie tylko MPGK zbiera odpady. W tamtym rejonie jest konkurencja. Można negocjować warunki umowy. Jestem parafianinem św. Mikołaja, mieszkam nieopodal i jestem w dość niezręcznej sytuacji. Ale przecież prawo obowiązuje wszystkich, nie możemy dla parafii robić wyjątków. Z całym szacunkiem dla księdza proboszcza, ale musimy wszystkich traktować jednakowo – mówi Sieczkowski.

Problem ze śmieciami na cmentarzu przy Dębickiej istnieje już od lat, ale dotąd mieszkańcy przymykali na to oko. Teraz poinformowali straż miejską. – Sprawa nabrzmiała tak bardzo, że nie możemy dłużej przymykać oka. Proboszcz na razie nie został ukarany. Dostał polecenie, by podpisać umowę na wywóz śmieci. Jeżeli tego nie zrobi, skierujemy wniosek do sądu grodzkiego – zapowiada Józef Wisz, komendant straży.

- Umowy nie podpiszę, bo śmieci zawsze tu były i będą. Spróbuję namówić parafian, by zabierali je do domów – kończy proboszcz parafii św. Mikołaja.

Gdy wychodzę z plebanii, ksiądz mówi: – Niech pan o tym nie pisze.

- Dlaczego? – pytam.

- Bo może pan na tym stracić.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów
 

Dogmaty: skąd się wzięły? marzec 29, 2008

Zaszufladkowany do: religie — lesiuk @ 7:11 pm

Trzynaście sakramentów, nieomylność papieża jako nowinka i niepokalane poczęcie zatwierdzone większością głosów – oto krótka historia dogmatów kościelnych

Czyściec, niepokalane poczęcie i wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny, nieomylność papieża w sprawach wiary – te dogmaty są tak mocno zakorzenione w dzisiejszym nauczaniu Kościoła katolickiego, że traktuje się je jako stały, nienaruszalny element wiary. Ale dzisiejsze zasady katolicyzmu nie zostały zesłane przez Ducha Świętego w postaci jednej zwartej przesyłki. Większość z nich kształtowała się przez ostatnie dwa tysiące lat, a ich ostateczna wersja zależała nie tyle od niebiańskich objawień, ile od czysto pragmatycznego podejścia do tego, co akurat działo się na świecie. Część z tych podstawowych prawd stała się obowiązującym prawem nie więcej niż kilkadziesiąt lat temu.

Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny
Mało który katolik wie, że ten element jego wiary to prawdziwa nowość. Oficjalnie Kościół katolicki uznał to zdarzenie za prawdziwe dopiero 1 listopada 1950 roku. Tego dnia papież Pius XII ogłosił konstytucję apostolską o nieco mylącym tytule „Munificentissimus Deus” (czyli „Najszczodrobliwszy Bóg”), której główną treścią jest stwierdzenie, że „Niepokalana Bogarodzica zawsze Dziewica Maryja po zakończeniu biegu życia ziemskiego została z ciałem i duszą wzięta do niebieskiej chwały”. Dla wątpiących w tę nową prawdę jest też ostrzeżenie, że „gdyby ktoś, nie daj Boże, dobrowolnie odważył się temu, cośmy określili, przeczyć lub o tym powątpiewać, niech wie, że odstąpił zupełnie od wiary boskiej i katolickiej”.

Problem w tym, że owo zabranie w jakieś bliżej nieokreślone miejsce ważącej zapewne dobrych 50 kilogramów kobiety nie pojawia się nigdzie w uznanych przez Kościół pismach. To element tradycji powstałej około III–IV wieku, która była odpowiedzią na dręczące ówczesnych chrześcijan wątpliwości, co też stało się z osobą tak ważną jak matka Jezusa. W apokryfach można spotkać obrazowe przedstawienia zaśnięcia i zniknięcia Maryi, zamiast której apostołowie znaleźli tylko kwiaty.

Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny
To kolejna nowość, choć niemal o sto lat starsza od wniebowzięcia. Ten dogmat ogłoszony został 8 grudnia 1854 roku przez Piusa IX. Ta prawda wiary przebijała się z wyjątkowym trudem. Kłopot w tym, że jej istotą jest wykluczenie Maryi z grona zwykłych ludzi i stwierdzenie, że już od chwili poczęcia w łonie swojej matki była kimś wyjątkowym. Pomysł ten powstał w Kościołach wschodnich gdzieś na początku VII wieku, bo wcześniej mówiło się jedynie o tym, że Matka Boska nie grzeszyła za swojego życia. W 1476 roku papież Sykstus IV ustanowił Święto Niepokalanego Poczęcia na 8 grudnia, dając jednak katolikom wybór, czy chcą uznawać tę prawdę, czy nie. Jednak w XV wieku wielu teologów zaczęło się sprzeciwiać pomysłowi nieuzasadnionego wyróżniania jednego jedynego człowieka w dziejach, a protestantyzm całkowicie odrzucił tę koncepcję.

Sprawa powróciła w XIX wieku i Pius IX po konsultacji z biskupami (546 za, 56 przeciw) zdecydował się ogłosić nowy dogmat.

Wieczyste dziewictwo Maryi
To ostatni z problematycznych dogmatów dotyczących Matki Boskiej, zresztą najdawniej rozstrzygnięty. W Ewangelii jest mowa o tym, że Maryja pozostała dziewicą aż do narodzenia Jezusa, jednak później wspomina się o jego rodzeństwie. Budzi to mnóstwo wątpliwości, które współcześnie tłumaczy się różnym rozumieniem greckich słów „adelphai” i „adelphoi” używanych w oryginalnym zapisie Ewangelii. Miałyby one oznaczać nie bezpośrednie rodzeństwo, lecz dalszych krewnych. Jednak w IV wieku Helwidiusz, jeden z ojców Kościoła, twierdził, że chodzi o faktyczne młodsze rodzeństwo Jezusa. Takie pomysły odrzucił święty Hieronim, powołując się na istniejącą już tradycję wiecznego dziewictwa.

Sprawą zajął się poważnie Tomasz z Akwinu w swojej „Summie teologicznej”, podając tam – jak to on – zabawne z dzisiejszego punktu widzenia argumenty przemawiające za wiecznym dziewictwem. Zdaniem Tomasza gdyby Maryja straciła dziewictwo, uwłaczałoby to Chrystusowi (jednorodzony syn Ojca miałby nie być jedynym synem matki), Duchowi Świętemu (łono przez niego nawiedzone miałoby zostać skalane przez męża), Matce Bożej (miałby jej nie wystarczyć taki syn) i Józefowi (odważyłby się sprofanować Maryję). Dodał też od siebie, że Maryja urodziła bezboleśnie i w cudowny sposób bez otwierania łona i naruszenia błony dziewiczej.
Ostatecznie porządek zrobił w 1555 roku Sobór Trydencki, zatwierdzając wieczyste dziewictwo bez wdawania się w detale anatomiczne. Dziś wielu wierzących ostrożnie woli mówić tylko o „duchowym dziewictwie”, unikając w ten sposób niewygodnej dyskusji o fizyczności.

Nieomylność papieża w sprawach wiary
Ciekawa nowinka pochodząca z 1870 roku. Koncepcja nieomylności została ogłoszona dogmatem na Soborze Watykańskim I, który wydał konstytucję dogmatyczną „Pastor aeternus”. Formalizuje ona znaną od średniowiecza metodę ogłaszania prawd wiary ex cathedra.

Nieomylność papieża często jest błędnie rozumiana przez samych katolików. Nie oznacza ona, że jeśli Benedykt XVI powie, że zupa pomidorowa jest paskudna, to staje się to dla katolików prawdą obowiązującą. Dogmat nieomylności dotyczy sytuacji, w której papież wypowiada się oficjalnie na temat zasad wiary i moralności, ogłaszając ex cathedra prawo. W rzeczywistości od ustanowienia dogmatu papieże posłużyli się przywilejem nieomylności tylko jeden raz – właśnie w 1950 roku, kiedy ogłoszony został dogmat o wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny. Wcześniej, jak choćby w przypadku niepokalanego poczęcia, wykorzystywano podobną procedurę, ale wtedy nieomylność nie była oficjalnie obowiązującym prawem.

Siedem sakramentów świętych
Tu pole do sporów od zawsze było ogromne, bo żadne z pism kanonu chrześcijańskiego nie zająknęło się nawet o czymś takim jak sakrament, a już z pewnością nie podało gotowej listy. Już sama definicja sakramentu pochodząca z katechizmu jest niejasna: „Sakramenty są skutecznymi znakami łaski ustanowionymi przez Chrystusa i powierzonymi Kościołowi”. Owo ustanawianie przez Chrystusa w przypadku namaszczenia chorych albo chrztu jest raczej umowne. Namaszczenie opiera się na cytacie z Ewangelii Świętego Marka: „Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali”, i wzmiance z Listu Świętego Jakuba. A chrztowi poddany został sam Chrystus, zanim rozpoczął nauczanie.
Te niejasności sprawiły, że przez długi czas w Kościele istniało wiele wersji listy sakramentów. W XI wieku mowa była o 12 (dodatkowo namaszczenie na króla, dedykacja kościoła, konsekracja dziewic, poświęcenie zakonnic i obmycie nóg w Wielki Czwartek) lub 13 (jałmużna). Pojawiały się też inne – znak krzyża, święte rany lub woda święcona.

Liczba siedem pojawiła się oficjalnie dopiero w 1208 roku, a potwierdzona została przez sobory lioński II (1274) i florencki (1439). Ostatnie wątpliwości rozwiał Sobór Trydencki (1545–1563), ustanawiając, że sakramentów jest „ani więcej, ani mniej jak siedem”.

Czyściec
To już prawdopodobnie szczyt możliwości wysysania z ewangelicznego palca dziwacznych prawd wiary. Kanon pism nie wspomina nawet o czymś podobnym, jednak dociekliwi badacze dopatrzyli się trzech wzmianek mogących sugerować, że po śmierci nie idzie się od razu do nieba albo do piekła, ale można jeszcze wylądować w niebiańskiej poczekalni. Złośliwcy i jątrzyciele (wśród nich tak wybitni jak Luter) wskazywali co prawda, że jest to zupełnie bezzasadne i służy jedynie wyciąganiu pieniędzy na nabożeństwa za dusze zmarłych. Faktycznie, koronny cytat, na który powołuje się Kościół, pochodzi z Drugiej Księgi Machabejskiej (2Mch 12, 43–45) i brzmi następująco: „Uczyniwszy zaś składkę pomiędzy ludźmi, posłał do Jerozolimy około dwu tysięcy srebrnych drachm, aby złożono ofiarę za grzech. Bardzo pięknie i szlachetnie uczynił, myślał bowiem o zmartwychwstaniu”.

Koncepcja czyśćca rozwinęła się około VI–VII wieku, jednak oficjalnie do zasad wiary wprowadziły ją sobory florencki (1439–1443) i, a jakże, trydencki.

źródło: przekrój 12/2008